1.06.2012
bez tytułu.
"krzyknąłem na nią" - słyszę różewicza za każdym razem, kiedy podnoszę na nią głos. ja bezbożna sprawiam że drży. nie może złapać oddechu. nerwy tną ziemistą powłokę jej twarzy na tysiąc trójkątnych kawałków. które wpadają mi do oczu i wbijają się wierzchołkami w miękkie wyrzuty sumienia. trójkątne rzuty w moje wyzute z delikatności spojrzenie. wyrzucone kolczaste stylaby połączone w trujące słowa uderzają ją celnie. tak celnie, że lekko wyjmuję z jej piersi serce i patrzę, jak ześlizguje się z mojej spoconej dłoni. zaraz pójdę ucałować jej zmęczone czoło, ale daję sobie cztery do szcześciu minut, żeby zebrać i zasadzić myśli. piszę i czuję jak powoli osadzam się w smutku. aż. grzęznę w nim po same brwi. które jeszcze tylko lekko unoszę do góry, w geście całkowitej porażki.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz