6.04.2012
wchodzę do głowy
ludzi, których dobrze znam. mam parę słoików takich głów. w każdej tli się coś, co nazywają nadzieją, a tak naprawdę są to zgliszcza gasnących snów. wchodzę do głowy i dosypuję do ognia. dmucham chucham. chłód. w jednej z takich głów widzę ukrzyżowaną wolę i sto śniętych ryb. wchodzę i czynię spustoszenia. mylę obrządek z porządkiem. przestawiam wynoszę unoszę. się. tutaj nic mi nie wychodzi. szybko wychodzę. staram się nie wracać. w innej takiej głowie same rany kłute i cięte. przynoszę bandaże i plastry. zawijam i zwijam. się. w innej głowie strach i lęk. przed życiem. widzę pozamykane okna. niepozmywane naczynia. wyrzuty sumienia i ukryte fobie. przynoszę banany i pomarańcze. stawiam na stole, tytułuję: martwa natura w pokoju z zasłoniętym oknem. w kolejnej głowie uporczywy strach przed samotnością. na ścianach tysiące zdjęć, na podłodze miliony rys. ręce zadrapane od nieumiejętnych wyjść. nogi połamane od dziesiątków skoków w bok. wchodzę i piszę wiersz: nazywa się ewa na imię ma nieżywa. przypominam sobie, że nie umiem pisać wierszy i wychodzę. chcę zająć się czymś innym niż życie niż śmierć. zacząć spadać poziomo. i przestać udawać z myślą o efekcie artystycznym. zacząć udawać bezmyślnie.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz