siedzę w werandzie na skrzyżowaniu dwóch ulic. jest duszno. usypia mnie parność i ballada radiowa. zamawiam zimny podpiwek warmiński. na podłodze znajduję jeden grosz. kładę go na stole orzełkiem do góry. wiem, że nie poleci, ale warto mieć głupie pomysły.
i
myślę o włoszech. to dziwne. myśleć o toskanii, patrząc na buraczane familoki za oknem. grzechoty samochodów i kłótnie dwóch dziołszek na rogu, nie wyrywają mnie z upalnego piazza del campo, który zamyka się pode mną muszlą panny marii.
siedzę
i przeglądam gazety. podpiwek w połowie upity. rubinowy chłód piwa zmieszał się ze sieną paloną powietrza. w radiu, co ciekawe, całkiem smaczne nuty. w werandzie oprócz mnie babcia z wnuczką, która robi coś nieznośnego, nie wiem co, nie dosłucham, nie dopatrzam, ale babcia wyraźnie strofuje dziecko, grożąc, że jeśli się nie uspokoi, to nie dostanie deseru. metoda nachama.
nie wiem, kim był nacham. ale mówią, że był to. ktoś.
a
w gazecie znajduję ciekawą proporcję: w udanym małżeństwie stosunek pozytywnych interakcji do złych powinien wynosić 5:1 (na jedną kłótnię : pięć pozytywnych rozmów/kolacji/bukietów). natomiast w przyjaźni proporcja jest wyższa i wynosi 8:1. bo w przyjaźni chcemy, żeby było nam głównie dobrze. a w małżeństwie częściej przeżywamy kryzysy. myślę sobie: "ciekawe". i kończę o tym myśleć.
bo
przychodzi iw.
i zacznyna się inna rozmowa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz