dobrze jest spojrzeć na siebie z lotukury.
wszystko wydaje się wtedy znacznie gorsze niż jest w rzeczywistości.
a później zaparzyć sobie włoską kawę w aluminiowej kafetierce, włączyć jakiś jazz blues czy rap i uśmiechnąć się nad sobą.
*
wczoraj z kashianką o życiu śmierci i miłości. czyli tradycyjne top trio w mojej menażce. życie bez kashianki byłoby suche i śmierdzące jak ten co na górnej półce od miesiące prosi mnie o wywóz. a ja się wzbraniam, bo czekam aż zakwitną na nim żonkile.
*
mówią, że jesteśmy heroiczne. i że zawsze na wszystkim gorzej wyjdziemy, bo dla nas życie jest proste. są wartości i zasady, które nigdy się nie przeterminują. i jest to samo szerokie pole widzenia i ta gorąca potrzeba pomocy. każdej i każdemu. mamy za sobą dwa podobne stany za.kochania. dwie smutne historie mężczyzn skazanych na bluesa. kashianka już swoją zakończyła, "to czemu ona ciągle we mnie tak żywo gra?", pyta mnie, a ja czule obejmuję ją wzrokiem. moja historia jeszcze się nie skończyła, ale wszystkie nerwy i bóle mówią mi, że tragedia będzie pisana wierszem urwanym, bez składu i ładu. ale pomimo i po wszystko, razem z kashianką widzimy w niej wartość. i jak dwie siłaczki, za bardzo idealistyczne, za mało życiowe, wciąż wierzymy w to, że prawdziwe życie zaczyna się tam, gdzie kończy się zimna kalkulacja i podstępna gra.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz