mówię do siebie. siebie słucha uważnie. mówię o tym jak mi się nie udało. jak zobaczyłam coś czego nie było. mówię do siebie spokojnie. ale siebie wie że ja jest rozdrażnione. na stopach ma pęcherze wypełnione żywicą z drzewa złych wiadomości. pęcherze powiększają się. osiągają rozmiary żółtych śliwek mirabelek. uniemożliwiają poruszanie. wprowadzają ruch wahadłowy. cho-dzę i wa-ham się. a z każdym kolejnym krokiem lekko pękają, rozlewając rozdrażnienie na prawo, zawiedzenie na lewo. cholera by to wszystko wzięła i spaliła.
cholerę cechuje śmiertelność około pięćdziesięciu przypadków nieleczonych.
mam czego nie chciałam.
*
mówię do siebie z wczoraj. siedzę w londyńskich ogrodach forest hill'a i przeglądałam się w soczystej zieleni, otaczającej muzeum fredericka hornimana. myślę sobie o sobie z dzisiaj. myślę, że będzie dobrze.
mylę się.
*
pomyliłam się.
o jakież to niemożliwe. niemożliwie surowe uczucie.
"to nie twoja wina", powtarza mi nieustannie kashianka. ale ja nie wierzę. to moja wina. wszystko jest moją winą. nie lubię brać winy na siebie, ale wina przychodzi do mnie sama, staje na palcach, patrzy mi prosto w oczy i mówi: "weź mnie na siebie", powtarza: "zarzuć na ramiona, niech ci ciążę".
- a niech to wszyscy święci diabli - mamroczę do siebie i biorą winę na lewe ramię, nogi zwisają jej tuż nad sercem. prawą nogą uderza w lewy przedsionek, lewą w prawy. moja wina, moja wina, moja bardzo ww.wina.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz