22.09.2013

szcz

świeżo zmielona zaparzona kawa i domowe ciasto słodkie bananowe budzi we mnie popołudniową żądzę pisania. tak sobie popijam i tak sobie zajadam i myślę o tym, jak to powinnam być wdzięczna za wszystko. a nie jestem. jak to powinnam cenić każde brzemię, a nie cenię. jak to powinnam się cieszyć, że nie wyszło. bo nie wyszło i się nie cieszę. jak to powinnam działać. a nie działam. zwiedzać. a nie zwiedzam. wierzyć. a nie wierzę. oszczędzać. a nie oszczędzam. codziennie ćwiczyć. a nie ćwiczę. kochać siebie. a nie kocham.

i tak mi ta kawa niedzielnie smakuje. i tak mi ten czas zwyczajnie ucieka. a ja czekam na coś, co ponownie wywróci mój świat do góry nogami. bo wiesz. kiedy ten świat tak stoi, taki ładny, odwrócony, to wszystko w nim widać z zupełnie innej strony. i ta strona jest lepsza. cieplejsza. pomarańczowa albo żółta. i wszystko na tej stronie kwitnie. i wszystko pobudza. i czas ucieka jeszcze szybciej i szczęście się śpieszy, ale ten pośpiech ma kolor i zapach. mój wtedy był pomarańczowy i pachniał angielską herbatą. i było tak, jakby szczęście było na.prawdę możliwe. szczęście do granic, które jeśli się zdarza, to ty w nie nie wierzysz. a kiedy w końcu zaczynasz wierzyć, to ono znika. na początku blednie. a ty barwisz je wspomnieniem. wkładasz do ładnego pudełeczka w kolorach wiosennej tęczy. ale ono nadal blednie. moczysz je w płatkach chabrowego bławatka. ale to nic nie daje. pocierasz w ręce, żeby nabrało ciepła. ładnej czerwieni. ale ono tylko ochładza ci dłonie, by w końcu stać się szarą suchą lawendą. kiedy pocierasz kruszy się. znika.

tak jak moje bananowe ciasto i goździkowa kawa.

szczęście nie trwa na wietrze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz