27.03.2010

warsztat

jest ranek. mży. brama wjazdowa na podwórko jest wąska, muszę się trochę napocić, żeby wjechać do środka. całe podwórko zastawione jest samochodami, ledwo spod kół wyłaniają się kawałki mokrej ziemi. mężczyźni stoją koło samochodów, niektórzy siedzą na schodach kamienicy, która znajduje się obok i straszy zaniedbaniem. mężczyźni są tędzy, niscy i wąsaci. mają na sobie mysio-szare kurtki ściągnięte w pasie gumką, za duże spodnie i palą papierosy. inni piją piwo. pada coraz bardziej, siedzę w samochodzie, kryjąc się zza szybą, marząc o tym, by kropelki deszczu były ze styropianu. samochody wyjeżdżają i wjeżdżają. co chwila słychać jakiś tępy śmiech. niski, łysy, grubas w okularach większych niż felgi w jego dużym starym oplu combi pyta mnie, która jestem w kolejce i czy to złote punto za mną, jest przede mną. odpowiadam, że tak. krzywi się i odchodzi. mija kolejna godzina. potem następna. kiedy wjeżdżam na warsztat podwórko się przerzedza. na warsztacie już szybko. piętnaście minut. wymiana uprzejmości. nerwowe uśmiechy. akcja-transakcja i teraz wyjazd. a za mną tysiące samochodów, ustawionych precyzyjnie, wyciętych dokładnie w powietrzu, jak kamienne posągi moai. manewr w prawo, lewo, prosto. stop. do przodu, do tyłu. stop. omijam posągi ocierając się tylko o deszcz. potem już zostaje brama. wielkie straszydło na do widzenia. tym razem udaje się bez przeszkód. ostatnie spojrzenie w tył. warsztat ginie w oddali, a moja corsa zaczyna sezon letni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz