właśnie piję kawę i liczę listki na moim drzewku bonsai, co w zupełnie nie powiązany logicznie sposób, skłoniło mnie do rozważań na temat coffee, czyli kawy, którą uwielbiam i freaka, czyli dziwoka, którym przy tej okazji jestem.
a oto cała historia:
kawę z ekspresu piję w małych kolorowych filiżankach (kolor zależy od nastroju i pogody. oczywisty trop jest taki, że z filiżanki żółtej i jasnozielonej popijam w dni słoneczne, a z kasztanowej, fioletowej i ciemnozielonej w pochmurne. jest jeszcze jasnoszara, do której nigdy nie umiem się dopasować).
kawę rozpuszczalną piję z wąskiego rozkloszowanego ku górze kubka z lekko zadartym bokiem tuż nad uchwytem. kubek jest czarno-biało-szary z motywem damskiej szpilki wkomponowanej jakoś tak rozłożyście, że wydaje się wyższy niż w rzeczywistości.
kawę parzoną to tylko w ukraińskim masywie od Karashianki. to taki duży brązowy kubko-prezent. stawiam go zawsze na krymskiej drewnianej podstawce z pachnącego drewna.
niekiedy też piję okropną zbożówkę w kremowym kubeczku z południowej anglii. kubeczek ma brązowy paseczek na dole i zielony listek na środku. nie wiem czy to ma jakiekolwiek znaczenie, ale właśnie listki bonsai odbijają mi się na monitorze. skoro tak, to idę poświęcić im trochę uwagi.
Ja wszystko rozumiem, ale to cos rozpuszczalne nazywac KAWA???
OdpowiedzUsuńhaha :-) no masz rację, ale nie dorobiłam się jeszcze ekspresu ;-)
OdpowiedzUsuń