30.05.2010

o ironio, moja ironio

jeśli w życiu każdego człowieka wydarza się coś, co zmienia go na jakąś chwilę, czasem dłuższą, niekiedy wieczną, czyli że na zawsze - to mnie zdarzyło się coś takiego wczoraj. nie potrafię jeszcze określić długości zmiany, która się we mnie dokonuje, ale na pewno nie jest dziś tak, jak było wczoraj. wszystko za sprawą ciała otwartego na fotelowym krześle mojej ogrodowej działki. no tak. nie wdając się zbytnio, albo nawet w ogóle, w poezjowanie na temat filozoficznych interpretacji spotkania z Innym, zdaje mi się, że doświadczyłam podręcznikowego wręcz strachu przed fragmentem ciała. puentując: chodzi o to, że ostatnio na moją działeczkę zaczęła się zlatywać kocia zbieranina, w tym kocie mamy, chyba dwie. kashianka na pewno pochwaliłaby moją popisową wręcz rolę kociary, która kupuje dachowcom whiskasy i deszcz-nie-deszcz pędzi na działkę nakarmić kocięta. niestety różowe okulary zawsze zachodzą mgłą. dochodząc już prawie do sedna, skracając idyllę o połowę, zaczynam wątek dwóch kocich mam, które odwiedzały naszą działkę, wraz z całą resztą tygrysich outcastów. jedna z nich zostawiła dwa nierozwinięte kocie fragmenty na fotelu naszej fancy działki. to, że piszę to teraz z w miarę stoickim spokojem, zawdzięczam całowieczornemu youtubowaniu występów charlesa mansona i aileen wuornos, których psychotyczne wizje zneutralizowały nieco moje. a, o ironio, moja ironio, w tym czasie, kiedy ja zapadałam się dwa metry pod ziemię, rysia zabawiała czterolatka i śpiewała mu kołysankę "aaa, kotki dwa, szarobure szarobure obydwa". do tej pory zbieram swoje fragmenty z wczorajszego popołudnia. dwa Inne znajdują się w kontenerze na liście. ja znajduję się nigdzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz