wymieniłam dziś rzarufkę w corsuni: s.a.m.o.d.z.i.e.l.n.i.e. niestety od początku zamysł był bardzo niesamodzielny: myślałam, że po szkole skoczę do moich ulubionych mechaników next to school i będzie po robocie. no ale niestety. nie poszło jak z płatka. ale od początku.
przyjeżdżam do mechaników i pan kierownik mówi, że muszę poczekać, bo wszyscy są zajęci, w tym jeden na wyjeździe i nikt nie może teraz zająć się moją rzarufeczkom. a pan kierownik oczywiście takimi pracami się nie para. no to czekam tak sobie z paręnaście dobrych minut, na tego mechanika, który ma lada moment wrócić z wyjazdu, żeby mi wykręcił spaloną rzarufeczkę i wkręcił nową. na całe jednak szczęście któryś się wcześniej zlitował i wyraził chęć współpracy. podchodzi do mnie i mówi: "to niech pani zapalali, zobaczymy, które nie działa". trochę mnie w beton wcięło. czy ja wyglądam na osobę, która jedzie do mechanika, mówi, że nie działa rzarufka w samochodzie, ale nie wie która? więc mu odpowiadam, że przecież wiem która i wskazuję palcem, mówiąc: "o, ta właśnie". koleś się skrzywił i bez słowa poszedł po nową. nie było go całe wieki, a jak wrócił, to mi mówi, że niestety nie mają takiej rzarufki i radzi, że mam sobie kupić na stacji benzynowej. oczywiście nie jadę na stację, tylko do innego mechanika. wjeżdżam do jakiegoś zakładu, który znajduje się na ostrym podjeździe, ala osiedle russian hill w san francisco, tylko z tą różnicą, że jest to san francisco ala ściernisko, a russian to bardziej narodowość mechaników, którzy w szopo-podobnym garażu napażają w karty. no ale nic. wychodzę z corsuni, stukam do tej szopy, wychodzi jeden z petem zwisającym do pasa i nawet nie pyta, o co chodzi, tylko stoi i się gapi. więc mówię grzecznie, że chciałam wymienić rzarufeczkę. to koleś woła: "kazik, wymień pani" i parcha coś pod nosem. kazik wychodzi, daję mu spaloną żarówkę do ręki, rozkręca obudowę i mówi, że tutaj nie ma żadnej rzarufki. więc mu podpowiadam, że wiem, że nie ma, bo przecież trzyma ją w ręce. a on mi na to, że oni nie mają rzarufek i że myślał, że ma mi ją tylko wkręcić. pewnie jeszcze myślał, że ma mi tę spaloną wkręcić. więc się już wkurzyłam na dobre, wykulałam się z tej czarciej góry i na rogu wyhaczyłam sklepik "auto-części", w którym pani sprzedała mi nową rzarufkę za 1.50, to kupiłam zaraz trzy. no a co, może się przyda. dojechałam do domu, rozkręciłam obudowę, wyjęłam listwę, wkręciłam żarówkę, nic się nie złamało, nic nie wybuchło, nic mnie nie popieściło - jednym słowem: wszystko pięknie działa i świeci. allbymyself
Oh, I'm so proud :)
OdpowiedzUsuńgrazie. martyś, grazie.
OdpowiedzUsuńmoże jurto zmienię sobie koło ;)
proszę!!!!!!!! nie rób nic przy kołach, oszczędź istnienia ludzkie!!!
OdpowiedzUsuńKris, po twojej weekendowej przygodzie na drodze, to raczej ty się powinieneś strzec, a właściwie roe deer ;p
OdpowiedzUsuńniech się roe deer ogląda jak przechodzi przez drogę
OdpowiedzUsuń! Unikniemy ofiar!
mogło być w sumie gorzej, mógł na przykład taki wild boar się nie oglądnąć ;)
OdpowiedzUsuńJa tam się z kolegą zgadzam. Pani prof .. koła zostaw specjalistom :D
OdpowiedzUsuń...no, to fakt! wtedy była by prawdziwa próba sił! taki boar to waży sporo, a jak się rozpędzi działa na zasadzie pędu! V*m=p. Teoretycznie moje auto wazy 1850kg, przy prędkości 60 (216000 m/h) jak to w mieście daje nam pęd = 216000*1850. O la Boga to jest 399600000.
OdpowiedzUsuńTeraz misio: niech wazy 350kg i idzie sobie tak z 10km/h!
350kg*36000m/s=12600000.
OK, ja mam 31,7 razy większy pęd, czyli i siłę od misia :) Jestem królem, ale jak byśmy się spotkali niefartem to u mnie strefa zgniotu bezodkształcenia jest przecież tylko 6km/h.
Sumując: 6km/h daje 21600m/s*1850kg = 39960000.
Odejmując misia puch i miekkie ciało (załóżmy, ze ma wspólczynnik równy 5 razy miększy od stali i plastiku) mamy: 399600000+39960000/5*12600000=6,98 tyle jestem silniejszy od misia, tyle mniejsze szkody mam ja. Niestety miś ginie a ja mam go na przedniej szybie śpiącego na poduszce powietrznej.
Wniosek jesli miś nie baczy co jedzie kierowco zachowaj ostrozność!!!!! Aż strach pomyślec o face to face cinquecento vs teddy boar :)
Sarenki mi szkoda, ale coż, wybiegła tak nagle z między domów :(
zamiast tej matematyki podaj po prostu markę swojego cara, będzie szybciej ;-)
OdpowiedzUsuńmartyś, odkąd ty jesteś taką konformistką;-)?
OdpowiedzUsuńjuż mówiłem, a matematyka jest super i nieważne co się dzieje, ona zawsze ma rację :)
OdpowiedzUsuńMartysia ma rację, że się zgadza :) :) :) !!!!!
OdpowiedzUsuńkris, a skąd ty tego misia w ogóle wytrzasnąłeś? ;p za dużo kreskówek oglądasz ;p
OdpowiedzUsuńbardzo proste bo mi się posypało z dzikiem i tok myślowy poszedl na misia :) heh, no ale liczby nie kłamią, świnka by tez narobila buuuu
OdpowiedzUsuńNie no, gratuluje! Benzyne tez sama tankujesz?! ;)
OdpowiedzUsuńtankowanie świetnie mi wychodzi;p już nawet nie mam problemów z odkręcaniem koreczka ;)
OdpowiedzUsuńmatko, człowiek tu pół dnia nie wchodzi i od razu lawina nieprzeczytanych wiadomości :P
OdpowiedzUsuńsarenka straciła życie? Ja póki co na drodze do Z. widzę same stratowane jeżyki ...
no martyś, to na bieżąco trzeba być. tak, kriss killed A SARNA yesterday!
OdpowiedzUsuńno no tylko bez takich, nie killed her, ale ona killed sie sama. wlazła w zamknięte drzwi co na dodatek sobie jechały. Uważaj na jeze, szkoda opon!!!
OdpowiedzUsuńto ile jeżów w ten weekend przejechałeś?
OdpowiedzUsuńten weekend uznaje tylko na rowerze, oszczędze paliwo, powietrze i..........jeże
OdpowiedzUsuń