jak na prawdziwą kociarę przystało, postanowiłam zabrać chudosława do weterynarza, bo dostał dziwnych plamek na sierści, co zaniepokoiło zacną familję i wszyscy zgodnie przyznali, że nastał już czas. co prawda, w ogóle nie było to zgodne, tylko poleciało góbztfami na prawo i lewo, że kto to słyszał, żeby z dzikimi kotami do weta jeździć. no ale gdzieś tam w głębi każdy wiedział, że trzeba pojechać i po pół godzinnniej wymianie wątpliwych uprzejmowści - ustalono plan.
najpierw, żeby chudzika do worka włożyć, a jak nie wejdzie to, żeby mu nogi zawiązać, co by nie uciekł. oba sadystyczne pomysły wyszły spod słowa mojego rodziciela, który już nawet sznura zaczął szukać, ale w ostatniej chwili zostały odpowiednio skomentowane, rodziciel zrugany,a sznur nie doczekał się wyjęcia.
później wymyślono, żeby chudosława do torby włożyć, łebek mu wystawić i gnać co sił do weta. no ale łebek, a i owszem, wystawał, tzn. sam się wystawił, ale sekundę później wystawiła się i cała reszta. tak więc po trzykrotnej próbie z torbą i wielokrotnie podrapanych rękach zaprzestano.
nadzieja powoli dogorywała, ale jakiś płomień jescze nas ogrzewał, bo w końcu rodziciel wstał, poszedł do szopy, z pięć minut go nie było, postukał, powalił i wyszedł z dupą od kosiarki, tzn. z koszem. wyglądało to profesjonalnie, prawie jak nosidełko dla kota. tylko, że bez wieka. no ale co to byłby za rodziciel, jakby wieka nie dokleił. wyrzucił więc kartofle z sitka rodzicielki (która później dopominała się o nie cały wieczór i nikt nie wie gdzie się podziały) tu nagiął, tam zegiął i weszło. z tyłu dupa, z przodu cyc - czyli kosiarko-sitkowe nosidełko dla kota. do środka włożyliśmy jeszcze kocyk, żeby mu miękko było, no i pozostało już tylko jedno, właściwie dwa: złapać kota i włożyć do środka. z pierwszą czynnością jak z płatka, chudosław zawsze chętny na smyry, szybko został zwabiony, schwytany, podniesiony, no ale niestety nie taki głupi jak obsmarkany ten nasz chudzik i wyrwał się nam, nim zdążyliśmy pomyśleć, jak go w ogóle do środka włożyć.
przy drugim podejściu już prawie był w środku. rodziciel tam trochę sadystycznie go wciskał na tak zwanego chamca. ale nic nie dało. chudziol się zaparł wszystkimi łapami, wytrzeszczył gały i wyskoczył jak z katapulty, najpierw na drzewo, a później pod krzaki. i do końca wieczoru obrażony spał na rabacie. i tak się skończyła wycieczka do weta: wkurzoną familją i obrażonym kotem.
Koty tak mają...
OdpowiedzUsuń