odkąd moja corsunia przez swoją małą nieuwagę (bo przecież nie moją) złapała gumę, to obchodzę ją codziennie jak pies i wącham czy jej powietrze nie uchodzi. za tym pierwszym razem to rodziciel zauważył, że jakaś trochę za miękka ta tylna opona, bo ja oczywiście to bym na tym kapciu pojechała i dopiero jakby iskry leciały, to bym się zorientowała, że jakoś chyba źle jedzie. no ale ad rem.
podkreślam raz jeszcze, że dzień w dzień, wyjazd przez wyjazdem, patrzyłam, sprawdzałam czy coś z corsuni nie wycieka. no i dziś, pech chciał, rodziciel wpadł na pomysł, żeby mi płynu do spryskiwaczy dolać, bo mu zostało, a ja na pewno nie mam, a nawet jeśli mam, to na pewno nie mam. no więc idziemy tego płynu nalać. lejemy lejemy. zakręcamy. zamykamy. i nagle rodziciel do mnie: "zaś na coś najechałaś". to sobie myślę, że przepraszam, jakie zaś. a po drugie sobie myślę, no że nie możliwe. przecież obchodzę, obwąchuję, sprawdzam, klepię idepe-itede. no ale niestety: empirycznie dowiedzione - nie ma powietrza. no to gam co tchu do moich mechaników od opon, modląc się, żeby na tych resztkach tlenu corsunia dała radę i nie zakrztusiła się na nie daj boże jakim skrzyżowaniu. oczywiście po drodze same czerwone światła i geriatryczne pary na pasach. no alem dojechała.
i
znów ten tunel wyrzeźbiony z dokładnością do milimetra, gdzie każdy dodatkowy ruch kierownicą kończy się rysą na blasze. po trudach i mękach pan młodszy mechanik bierze corsunie na warsztat. pan starszy mechanik konwersuje ze mną o życiu. "wentyl!"- dochodzi nas wrzask, a później wraz z głosem wyłania się chuderlawa postać majstra. "wentyl poszedł". uf, myślę sobie. nie moja wina. no wentyl poszedł. zawsze sobie może taki wentyl chcieć pójść. mój sobie wybrał środę, żeby sobie pójść. "mamy kaj nowy?", mówi pan młodszy mechanik do pana starszego mechanika, który odwraca się do mnie i z urokiem fachowca prycha: "my mamy nie mieć?!". no i mieli. wyciągnęli. założyli. jeszcze ciśnienie sprawdzili. łosiemnaście złotych skasowali i mogłam już z corsunią i nowym wentylkiem wrócić cuhałze, mając nadzieję, że ten nowy wentyl nie będzie chciał, tak szybko sobie od nas pójść.
każdy wentyl kiedyś się puści w długą, a ty zostaniesz bez powietrza w jednym kole;)
OdpowiedzUsuńU mnie wentyle siedzą i nigdzie się nie ruszają, ale za to wycieraczka ostatnio poleciala. Po prostu coraz wolniej, wolniej i wolniej, az przestały dzialać i dowiedziałem się o tym dzięki kontrolce, bo przecież sam bym nie zauwazył ;) Pan mechanik z wieloletnim stażem buchnął smiechem: eee tem pikuś, poleciała wycieraczka, drobiazg, jakieś pięc stówek. A to ja, yyyyyy ile???, sam odleciałem i wylądowałem dopiero w domu przed allegro. Teraz wycieraczka spokojnie i tanio do mnie jedzie pociągiem, a mnie już nikt nie zmusi do odlotu ;) A wentylki, póki co siedzą!
OdpowiedzUsuńmiejmy jednak nadzieje, że są wentyle, które się nie puszczają, alex;)
OdpowiedzUsuńno moje wycieraczki też słabo, mówią że silniczek poszedł, 500 zł. więc olewam :) ale jakbyś chciał naprawić to wiesz co i jak ;)
OdpowiedzUsuńCzerwone światła, geriatryczne pary i zawsze NAJBARDZIEJ uprzejmi kierowcy przed, przepuszczający wszystkich, zanim tamci dojdą w ogóle do pasów :P
OdpowiedzUsuńwiem co i jak ;) silniczki, wycieraczki, pompki i inne gadżety to moje hobby
OdpowiedzUsuń