12.10.2010

ludzie są głupi

no wyobraź sobie, że wracam sobie do domu corsunią. jest po godzinie 20. mglisto. ciemno. podjeżdżam sobie pod klatkę schodową, a tam zonk nie ma miejsca. dwa samochody w odległości dwóch metrów od siebie, świecą tyłkami i szczerzą rury wydechowy. no nie ma. nie wcisnę się. to sobie podjechałam dwa metry dalej i zaparkowałam pod sąsiednią klatką. wciskam się, ciskam, tył, przód, tył - coby dobrze stanąć, a tu nagle bierze mnie z boku jakiś stary, biały hebel i każe okno uchylić. to uchylam. i wyskakuje z niego nabrzmiała, pryszczata morda i drze na mnie koparę, że niby dlaczego to parkuję nie pod swoją klatką (!). wcięło mnie trochę w wycieraczkę. oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie poczekała na niego i nie powiedziała (grzecznie, przegrzecznie, oj--tak--grzecznie), co o tym myślę. opadam już z sił, więc pominę tę część. skończyło się grzecznie: dobranoc pani. i tyle. koleś pewnie teraz wyciąga kozy z nosa, a ja siedzę i przeżywam.

2 komentarze: