kto by pomyślał, że przygotowanie tekstu za zajęcia skłoni mnie do refleksji.
czytanka o tytule "friendship overload" przykuła mnie nieco w serce.
na pewno masz wokół siebie ludzi, którzy wręcz nie potrafią opędzić się od pszyjaciuł. mają mnóstwo znajomych, kolegów, sąsiadów, znajomych znajomych, kolegów kolegów ze szkoły jednej, ze szkoły drugiej, z pracy pierwszej, z pracy innej, ze sklepu, kursu, z klatki schodowej, z internetu, z intensywnych zajęć dodatkowych i z całej kupy innej kupy. i to ma być dowód na to, że jest się lubianym, znanym i jeśli nie ma się czasu na przysłowiowe pierdnięcie - to niby dobrze. to niby bardzo dobrze. bo to ma znaczyć, że fajny z ciebie kolo. i to nieważne, że z większością nie masz ochoty w ogóle rozmawiać, że wielu z nich w ogóle nie lubisz i tak naprawdę utrzymujesz znajomości dla jakiejś tam potrzeby ich utrzymywania. tracisz czas na odpisywanie, oddzwanianie i - nie daj boże - spotykanie się. a czas leci. i marnuje się. bo najlepszy przyjaciel to nie jest wcale ktoś, kogo widujesz codziennie, ale "the one you hardly ever see". w moim życiu już dwa razy tak się zdarzyło, że najbliższe mi osoby pofrunęły gdzieś w siną dal. co w ogóle nie oznacza, że teraz lubię je mniej. wręcz przeciwnie, wszak, jeśli sam/a nie docenisz straty, to czas na pewno zrobi to za ciebie.
brzmi znajomo :P
OdpowiedzUsuńod razu pomyślałam o liście enkaenowej i fejsbukowej ;)
prawda, bo kto raz przestał być przyjacielem, nigdy nim nie był
OdpowiedzUsuńnie wiem czy przyjaźń w miłości nie jest osobną kategorią przyjaźni. myślę że chyba może być :)
OdpowiedzUsuń