24.03.2011

nowy york w katowicach

M. mówi, że to tak jakby zobaczyć na żywo postać z kreskówki. ma rację. to jedno z tych wydarzeń, które zmieniają cię od środka. które będziesz wkładać do szufladek wyłożonych aksamitem i dumnie wspominać. nie mówię o tym, że miejsca były vipowskie i dosłownie klarnet na wyciągnięcie ręki. i nie mówię też o tym, że sam koncert był dobry, choć nie najlepszy (jazz obronił się subtelnym klimatem nowego yorku). ale mówię o tym, że oto po drugim utworze allen podchodzi do mikrofonu i - dla mnie - wtedy właśnie zaczęła się najpiękniejsza muzyka tego wieczoru. jako allenowski freak doznałam spełnienia. i tylko świry podobnego pokroju potrafią wpaść w zachwyt nawidok brązowych sztruksów i niebieskiej koszuli i nausłych głosu najsłodszego neurotyka na świecie. a oto trochę obrazków. reszta ładuje się w pamięci.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz