"W tamtych czasach byłem jeszcze wciąż dość wyraźnie rudy; przypadkowe natknięcie się na miejsce chrztu tego 'rudego księdza', który przysporzył mi tyle radości przy tylu okazjach i w tylu zapadłych kątach świata, przyprawiało mnie o sentymentalny nastrój. I przypomniało mi się, że to przecież chyba Olga Rudge zorganizowała po raz pierwszy w historii tego miasta settimana Vivaldiego - tak się zdarzyło, że akurat na parę dni przed wybuchem drugiej wojny światowej. Impreza odbywała się, jak mi ktoś powiedział, w palazzo hrabiny Polignac, a miss Rudge grała na skrzypcach. W trakcie wykonywania utworu zauważyła kątem oka, że do salonu wszedł jakiś pan, który stanął przy drzwiach, ponieważ wszystkie miejsca siedzące były zajęte. Utwór był długi i skrzypaczka zaczynała trochę się denerwować, ponieważ zbliżało się miejsce, w którym trzeba było przewrócić kartkę nut, nie przerywając gry. Mężczyzna, którego widziała kątem oka, ruszył przed siebie i po chwili znikł z jej pola widzenia. Trudne miejsce w nutach było coraz bliżej i jej nerwowość rosła. Wreszcie, dokładnie w momencie, gdy miała przewrócić kartkę, z lewej strony wysunęła się dłoń, wyciągnęła w stronę pulpitu i powoli przewróciła arkusz. Skrzypaczka grała dalej, a gdy trudne miejsce miała już za sobą, zerknęła w lewo, aby podziękować nieznajomemu spojrzeniem. 'I tak - jak opowiadała Olga Rudge komuś z moich przyjaciół - poznałam Strawińskiego' ".*
*(j. brodski, znak wodny, s. 75-75)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz