jest taki film z andżeliną i depem, który się nazywa turysta. miałam tę przyjemność, że oglądałam go w kinie. film zupełnie przeciętny, ale przyjemność dotyczyła oczywiście wenecji. piękne zdjęcia. wenecja to jeden z tych krajów, które oceniane są jednak zbyt powierzchownie. tagzwane obvious beauty działa na niekorzyść tego miasta. chyba wszyscy mówią, że wenecja jest piękna, ale mało jest ludzi naprawdę zakochanych w jej znaku wodnym. nie wiem czy uzyskałam prawidłowy kontrast przeciwstawiając hollywoodzką taśmę z rosyjskim piórem. josif brodski pewnie zmarszczyłby swoje wysokie czoło na widok posągowej andżeliny na tle "nadbrzeża nieuleczalnych" (tytuł włoskiego wydania znaku wodnego). chociaż może nie do końca. na pierwszych stronach swojego eseju wspomina spotkanie z wysoką, "osobą płci żeńskiej solidnie spóźnią", wenecjanką, która "była jedną z tych kobiet, których pojawienie się we śnie gwarantuje żonatym mężczyzną powrót nocnych doznań fizjologicznych z lat dojrzewania". pewnie podobnie jest z andżeliną. ale nie wiem. nigdy nie byłam żonatym mężczyzną.
*
są miasta na świecie, w których trudno się zakochać. dla mnie takim miastem jest wenecja. chociaż josif brodski rozbudził we mnie wielki głód ujrzenia miasta na nowo. najlepiej w zimie. z dala od watachy opalonych kolan migających fleszami i zakłócających spokój wodzie. albo tak: "odziane w szorty stada, zwłaszcze te rżące w języku niemieckim, działają mi również na nerwy: tym, że ich - czyjakolwiek - anatomia tak dalece ustępuje anatomii kolumn, pilastrów i posągów; oraz tym, co ich ruchliwość usiłuje narzucić stabilności marmurów". (nie mogę przestać myśleć ile herberta jest w tych słowach. ukochana przez niego toskania podobnie żyje i dźwięczy w ulu rozkochanych w miejscu słów). zostawmy to.
*
jeśli, jak pisze brodski, "lustra hotelowe matowieją jeszcze bardziej, że widziały tylu ludzi", to być może z wodą jest (będzie) podobnie. wenecja nie jest krajem, w którym twój wizerunek cokolwiek znaczy. "tutaj bowiem własna osoba jest ostatnią rzeczą, którą chciałoby się oglądać". przeszkadzają mi nieco w tej miłości odwołania do wszechmogącego, z którymi nawet nie mogę udawać, że się zgadzam. na przykład to, że "najlepszym dowodem na istnienie wszechmogącego jest być może fakt, że nikt z nas nie wie, kiedy ma umrzeć". to mi się nie podoba. ale już to: "naprawdę docenić nieskończoność potrafi tylko to, co skończone", bardzo mnie przekonuje. i choć nie lubię tych fragmentów w których "duch boży unosi się nad wodami", to jednak - muszę przyznać - dodają one miejscu niezwykłości i pożądanej ciekawości. to mnie jednak zawsze przygnębia, że mój zryw ku nowemu jest taki krótkotrwały. dzisiaj jest. a jutro uśpiony będzie czekał na kolejne przebudzenie.
*
no ale... rozpisałam się chyba zupełnie niepotrzebnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz