4.10.2011
bez tytułu. ja.
ja wyraźnie źle znosi poziomy rosnącego napięcia. siedzi w kącie i kopie kolanami w sufit. nie wiem, o co je chodzi. przecież niebo się nie zawaliło. jeszcze możemy iść do nieba. dwójkami. z karabinami. zabić trochę gołębi i wrócić, po drabinie z włosów mlecznych. ale nie. ja siedzi i kopie w sufit, czerwony już od tych razów. czuję, jak podłoga mi się trzęsie od tych kopnięć. zaraz przyjdą sąsiedzi sprawdzić, czy czegoś przypadkiem nie ukrywam. przyjdą i będą ględzić. że im się trzęsie. że nie mogą na telewizję patrzeć. że im porcelanowe zło na ziemie spada i słonie łamią trąby. przyjdą i będą węszyć. wepchają swoje długie zaropiałe nochale w każdy mój czysty kąt i zainfekują powietrze. przyjdą i tak staną. i wyczują, że oddycham za drzwiami. i będę musiała im otworzyć (drzwi). i się na nich patrzyć. i nawet będę musiała odpowiedzieć, jak się zapytają, czemu się trzęsie. zejdę na dół i kopne mu w staw prosty. i go wykrzywię. kość piszczelowa będzie piszczała, aż ja przestanie się wiercić. i w końcu wróci siebie. a później z płaczem wróci do mnie. a ja go przygarnę. takie małe rozszczepione niepewne. byle do czwartku.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz