27.12.2011

bez tytułu. rozbiło się.

kolejne wielkie love story urwało się gdzieś na początku. nie wiem, czy wszystkie te parszywe komunikatory są odpowiednią stacją do nadawania wieści, ale na pewno stanowią wyraz głębokiej rozpaczy, z którą trudno sobie na sucho poradzić. dlatego tak się to wszystko rozlewa po bliższych i dalszych znajomych. i ciągnie pytaniami od prawdziwie do w ogóle nie zainteresowanych. ludzkie emocje na pewno potrzebują publiczności. prędzej czy później skończą na kozetce lub monitorze. co komu po smutku i żalu, jeśli świat tego nie widzi. nie wystarczy już, że ja cierpi, cały internetowy glob ma byc świadkiem cierpienia ja. ale ja nie o tym. zastanawiam się nad kruchością miłosnych więzów. wczoraj planowanie wspólnego mieszkania, remontowanie, kupowanie, szał - dzisiaj "wolna" na fejstłuku. czyżby nad miłością ciążyła samobójcza myśl sylvii plath, która niegdyś pytała: "skąd mam wiedzieć, czy któregoś dnia, gdzieś, gdziekolwiek, szklany klosz, to duszące zniekształcenie, znów nie zaatakuje?". znikąd. nie można oczywiście tego wiedzieć. można co najwyżej wziąć udział w tej grze, rosyjskiej ruletce i mieć nadzieję, że nie zagra się z sześcioma nabojami w magazynku*

*robert lowell

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz