kolejne wielkie love story urwało się gdzieś na początku. nie wiem, czy wszystkie te parszywe komunikatory są odpowiednią stacją do nadawania wieści, ale na pewno stanowią wyraz głębokiej rozpaczy, z którą trudno sobie na sucho poradzić. dlatego tak się to wszystko rozlewa po bliższych i dalszych znajomych. i ciągnie pytaniami od prawdziwie do w ogóle nie zainteresowanych. ludzkie emocje na pewno potrzebują publiczności. prędzej czy później skończą na kozetce lub monitorze. co komu po smutku i żalu, jeśli świat tego nie widzi. nie wystarczy już, że ja cierpi, cały internetowy glob ma byc świadkiem cierpienia ja. ale ja nie o tym. zastanawiam się nad kruchością miłosnych więzów. wczoraj planowanie wspólnego mieszkania, remontowanie, kupowanie, szał - dzisiaj "wolna" na fejstłuku. czyżby nad miłością ciążyła samobójcza myśl sylvii plath, która niegdyś pytała: "skąd mam wiedzieć, czy któregoś dnia, gdzieś, gdziekolwiek, szklany klosz, to duszące zniekształcenie, znów nie zaatakuje?". znikąd. nie można oczywiście tego wiedzieć. można co najwyżej wziąć udział w tej grze, rosyjskiej ruletce i mieć nadzieję, że nie zagra się z sześcioma nabojami w magazynku*
*robert lowell
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz