szpital jest duży. biały. jak grochy na jej szarym szlafroku. pod szlafrokiem kawałek różowej koszulki, która przełamuje szarość ostrym kontrastem. siedzę z nią przy stoliku i rozmawiam o życiu. surowa przestrzeń szpitalnego korytarza z którego skoszono uśmiech i wykarczowano radość, uderza nas niepokojem. siedzimy przy automatach z gorącymi napojami. za nami kawałek okna. przed nami dwóch monterów naprawia sufit. widać, że nawet płyty sufitowe nie wytrzymują powagi sytuacji. dzieje się chwila ważna. trzynastego w piątek. trzynastego kwietnia w piątek. pojawiła się na świecie elżunia. i zmieniła jej świat na zawsze. "nigdy się nie będę o nikogo i o nic bardziej bać, niż o nią". mówi do mnie emocją, która wwierca się we mnie delikatnością i prawdą. i choć ma zmęczone oczy i zatroskaną twarz, mówi o miłości i wygląda pięknie. tak pięknie, że z zazdrości dławię się w myślach. bo trzeba w końcu w życie uwierzyć. żal nie wierzyć. a żal umiera w zapomnieniu.
you got it all. :*
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz