17.07.2013

wznań. nie. wyznań.

wprowadzam małymi krokami spokój do głowy i mieszkania. od dwóch tygodni sterta do prasowania uniemożliwiała wejście do pokoju. trzeba było przeciskać się przeczołgać, zrobić unik w prawo potem w lewo, a na końcu rybim ślizgiem wedrzeć się do środka. a teraz jest już prześwit. można zobaczyć co w środku piszczy.

tak wygląda moje mieszkanie od niedawna. albo od dawna. przestałam liczyć. czas zatrzymał się jakoś tak nagle. z dnia na dzień zegar przestał tykać. chaos w mojej głowie zrobił się większy. przybrał rozmiar zżerającego cię od wewnątrz guza, którego nikt nie widzi, ale ty wiesz, że tam jest. i że już za niedługo przestaniesz być. i tumor pochłonie cię od środka. chłonie. chłonie.

a więc moje mieszkanie trochę odzwierciedla mój stan. rzeczy porzucone, nie posegregowane. wyprane nie wyprasowane. rzucone do szafy w nadziei że same odnajdą się wyprasują ułożą i dadzą mi w końcu święty spokój.

nie. rzeczy nie dadzą mi spokoju.
co za pomysł. wstyd nie pomysł.

ale dzisiaj nastała mała poprawa. wstałam wcześnie. od niedawna wierna nowemu nałogowi, wstaję, robię sobie herbatę z mlekiem, otwieram na oścież okno, wracam do łóżka, biorę książkę, stawiam herbatę na stoliku zrobionego z piramidy książek i czytam. czytam książki po angielsku. znajduję w nich dziwny spokój, którego od niedawna tak żarłocznie poszukuję. od paru dni pochłaniam czekoladę. film zdecydowanie, jak to zwykle bywa, nie dorasta książce do pięt. a książka jest magiczna. pasuje do moich leniwych poranków. czytam ją sobie tak z godzinę, może z półtorej. później wstaję i jem śniadanie. oczywiście na zdrowo. i oczywiście bez mięsa. dzisiaj wieloziarniście z pomidorami czerwoną cebulą i bazylią.

ale ciągle zbaczam z tematu a zaczęłam od tego, że nastała mała poprawa, bo zaczęłam prasować. po dwóch godzinach można już wejść do sypialni bez uszkodzeń cielesnych. trochę to oczyściło mój zanieczyszczony umysł. później zrobiłam sobie kawę i teraz wylewam się czcionką na ekran. słucham piosenki, która prześladuje mnie od trzech dni: [tutaj]. głownie ze względu na refren. no co ja będę siebie i ciebie oszukiwać. jestem banalna i zwyczajna w swoich romantycznych uniesieniach. róże i fiołki i trywialne słowa piosenek. wszystko to oddaje moje nieskomplikowane pragnienie miłości. rysia mi wczoraj ostro zakomunikowała: "skończ już z tą miłością, bo to się staje nudne. nie ma miłości idealnej. wszystko się prędzej czy później pierdoli". a ja jestem jak ta charlotte z seksu w wielkim mieście, która uparcie wierzy w romantyczną, idealną, do-końca i do-kości, niesłabnącą, żarłoczną, prawdziwą, na dobre-i-na-nie miłość.

ostatnio jestem jednak nie do zniesienia. marudzę i pierdzę wciąż o tym samym i w kółko i do znudzenia. a wszystko się dzieje się gównie w mojej głowie. wyobraź sobie takie smrody i gazy w jednej małej głowie. (no może nie takiej małej, ale na pewno jednej). toż to ciśnienie jest nie do wytrzymania. a więc czasami wychodzę z tym do ludzi, zgodnie z moją nową filozofią starą jak ten świat: share it with your friends. ale friends też mają swoje granice wytrzymałości. swoje limity obrzydzenia. więc muszę być ostrożna

bardzo ostrożna

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz