19.04.2010

hibiskus



the köln koncert jarretta rozładowuje dzisiejsze złe napięcie. nie wiem skąd się wzięło, ale to chyba nigdy nie wiadomo, samo przychodzi i po prostu jest. małe złe samo-poczucie-się. pocieszenie znajduje w relaksującej herbacie z hibiskusa i dalekiej myśli o tym, że henhen w obszarze podzwrotnikowym, the home zone of hibiskus, powietrze jest czyste i nieskażone moim złym humorem. teoria czterech humorów nie ma tu nic do rzeczy. raczej teoria jednego złego humoru, który pojawia się i znika. ale właśnie zaczyna się szósta minuta jarretta i czuję się jakbym to ja wykluwała w tym międzyzwrotniku, a nie hibiskus. taka momentalna radość, która łapie za trzewia, trzęsie i trzyma w radosnym napięciu. i nawet migrena przestaje doskwierać. jestem hibiskusem na podzwrotniku. ot co. ładna myśl. trochę kwaśna, ale kojąca. nie zdecydowałam jeszcze jakim kolorem będę, ale to teraz nieważne. jarrett kończy part I, a ja wygrzewam się w słońcu i odganiam motyle, które przygaszają mój kolor, na który się jeszcze nie zdecydowałam. takie rozważania zdecydowanie pomagają mi utrzymać równowagę, w czasie, gdy młotołeb za oknem naparza na swojej motorynce i zatruwa mi spokój. w takich chwilach jestem hibiskusem, który słucha jarretta.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz