"Jestem kim jestem.
Niepojęty przypadek
jak każdy przypadek."
i tak sobie myślę, że z wszystkich przypadków jakie nasz polska deklinacja zaszyła w swoim asortymencie, to ja bym była wołaczem. nie tyle z wyboru, co z wewnętrznej predyspozycji. i raczej bez większej dumy, jedynie z mniejszym dystansem. ale po kolei.mogłabym być, co prawda, mianownikiem, bo często występuję w roli podmiotu (gospodarczego, społecznego, prawnego etc), ale nie ma w nim tej ułańskiej fantazji, dzięki której tak silnie zrażam ludzi do siebie. na pewno żaden ze mnie biernik, usiedzieć w miejscu nie mogą i ciągle mnie nosi. oj, nosi-osi. celownik to już w ogóle odpada, od dawna poszukuję trwałego targetu i miotam się wątpliwościach, choć wszystko i tak zawsze rozchodzi się po kościach. narzędnik, z kolei, za bardzo jest przedmiotowy. moje feministyczne zboczenia stanowczo i głośno wołają wewnątrz "nie". pozostał jeszcze miejscownik, ale z nim też mam kłopot, bo miejsca swojego na ziemi wciąż szukam i uprosić się o nie, nie mogę. no więc logicznie ujmując kwestię całą - traf trafem, wołacz się ostał. i pasuje do mnie jak ta pjenść do łoka. prawie zawsze wyrażam się w apelu (z naciskiem na prawie i mniejszym ciśnieniem na zawsze), no i ło zgrozo, słowa się same jakoś tak zawsze kończą wykrzyknikiem. a później mi mówią: "nie krzycz". a ja tylko siódmym przypadkiem polskiej deklinacji jestem. i:
"Nie wiem jak komu -
mnie to zupełnie wystarcza
do szczęście i do nieszczęścia" (Bal)
częściej niestetydo tego drugiego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz