28.07.2011
słoń
ce. dobrze, niech świeci. pryska mi na monitor i wyrzuca z domu. na pole. na dwór. jakiś facet od rana szlifuje, tnie mój spokój, otwiera cholerną drażliwość - nadkwasotę emocjonalną. vonnegut miał teorię, "że wszystkie kobiety noszą w sobie zakorkowany kwas fluorowodorowy". ja mam go za dużo. liczę, że dzień to zmieni.
idzie kulep
szemu. zobaczymy, jak daleko zajdzie. choć rozterki stają się coraz większe. nie widziałam już dawno tak dużych rozterek. potrzebna mi dwudziesta piąta godzina dnia, w czasie której zmienić można całe swoje życie. ale jak na razie minęła tylko dwudziesta czwarta. poras. pać.
22.07.2011
bez tytułu. cisza.
błoga. ale co z tego. skoro sprawia, że "czas się rozłazi / jak te wszy". od pewnego czasu znacznie mniej się drapię. skóra mniej swędzi. nerwy rzadziej puszczają. choć dzisiaj doradzono mi wizytę w poradni leczenia nerwic, co brzmi równie intrygująco jak akademia pana kleksa. pewnie klinika słynie z tej samej magii. pani doktor złotym szydełkiem wyciąga z ciebie struny, na których szarpiesz własne i innych nerwy. i splata z nich wianek. wystają z niego cierniste końce. później prowadzą cię do biblioteki łez, gdzie zamiast książek w słoiczkach leżą czyste rzęsiste twoje i twoich najbliższych. patrzysz na słoje, a serce wyskakuje ci z piersi. pani doktor podaje ci żółty beret i nakazuje złapać w niego serce. serce spada trzy razy na ziemię, ale odbija się jakby zrobione z kauczuku. ale tak naprawdę z kauczuku są tylko ściany pokoju, w którym jesteś. izolacja akustyczna. nikt nie słyszy, jak krzyczysz, odzierany ze skóry i złudzeń. od twojego krzyku drzewo na podłodze staje się siwe. w czasie tej lekcji anatomii, w powietrzu unosi się chóralna lacrimosa [tu]. wyciska i wycisza. łzy.
18.07.2011
pan klapek rozmyśla o miłości
przeprowadza rachunek zysków i strat, a bilans wychodzi mu wciąż ujemny.
16.07.2011
miało być filmowo
ale nie będzie, bo rysia mnie zamęcza nowym narybkiem. nazywa się teodor i jest ładny. na szyi ma dużo starych obrazów, a na nogi porośnięte grubym drzewem genealogicznym, które ciąży mu z każdym kolejnym krokiem. teodor ma jeszcze jedną wadę. jest młody. kończyny wiotkie nie trzymają grubych gałęzi. rysia jedynym pazurem zarysowała delikatną teksturę drzewa. ale bajka o ładnym i młodym teodorze, który walczy z rysią jeszcze się nie skończyła. młody i łady toreador drażni byka wrodzonym i nabytym bogactwem artystycznym. rysia jednak nie wie, że prywatno-towarzyskie ciosy i uniki mogą się skończyć jednym śmiertelnym ciosem, który nie będzie miał nic wspólnego ze sztuką. ale jak pisze hemingway: "nobody ever lives their life all the way up except bull-fighters". bull-fighters and rysia. niech zatem ta corrida trwa. niech się ludzie bawią. AWIĄ!
11.07.2011
pan klapek katuje uszy
wsłuchując się bezmyślnie w swoje tępe odbicie. z każdym kolejnym stukiem staje się bardziej martwy. zatacza koła i kwadraty, szukając dla siebie miejsca w geometrii uczuć. zapomina, że matematyczna precyzja nie ma tu nic do rzeczy. rzeczy kreślą się same. tylko dziwne skurcze w jelicie przypominają panu klapkowi, że nie cały jest z gumy. pod cienkim paskiem skóry bije coś na kształt serca. coś na kształt bryły solnej. oba pieką. w czasie pieczenia powstają wspomnienia. krwiste kawałki życia, które nadal się trawi, wywołując od czasu do czasu skurcze w jelicie grubym. pan klapek w swoim obłąkanym chodzie ku nicości, dotyka czasami istoty rzeczy. niekiedy kamień wpuszcza go do środka, a wtedy słychać kwartety. smyczki zaciskają się na szyi.
bez tytułu. łapię oddech.
naprawdę nie widzę sensu w tym, żeby pisać o tym, że nie piszę. jest parno duszo i o piętnaście słów za dużo. (nie licz, na pewno źle strzeliłam).
1.07.2011
bez tytułu. narzekam.
kto to widział, żeby w wakacje porą wieczorową i deszczową się dokształcać. studia tudia udia dia ia aaaaaaaaaaaaaa
Subskrybuj:
Posty (Atom)