31.10.2010
aż po grób
czyli film pełen niedokończonych opowieści, urwanych kawałków fabuły i braku pomysłu na zakończenie. słowem: jeśli chcesz się wprawić w nastrój przygnębienia, niezadowolenia i rozczarowania, to ten film jest zdecydowanie dla ciebie. jestem do żywego zraniona, naprawdę myślałam, że nie będzie aż tak fatalny. bo pomysł dobry, ale i co z tego, skoro zabrakło pomysłu na wykonanie. na domiar złego zjadłam prawie całą paczkę ssyków, w której uszek dopatrzył się zaprawy murarskiej. i do teraz coś mnie w jelitach swędzi. powiem więcej: bardzo swędzi.
30.10.2010
granice smaku
już wkrótce w katowicach, w światowidzie zawita festiwal 5 smaków. będzie smacznie i filmowo. ryśka oczywiście nie chce ruszyć jajników na górny mój śląsk i czeka aż festiwal 5 smaków zawita do bielska. no cóż. to trochę sobie poczeka. chyba, że spotkamy się w BB w mcdonaldzie na festiwalu bez smaku. a właśnie. a propos bezsmaku, to wyobraź sobie, że ludzie zamieszczają na portalach społecznościowych filmiki jak im się brzuch rusza. no poważka. wyobażasz sobie ruszający się brzuch pod tytułem Aleksander? no właśnie, ja też nie. a do tego komentarze że: tancerz będzie, artysta. włosy mi się kręcą z wrażenia. na szczęście są jeszcze inne problemy na tym świecie, które zajmują mnie bardziej niż ruszające się brzuchy. ryśka na przykład rozkminia fejsbusowe enigmy. ja dzisiaj wyciągam pajęczyny z kątów, pucuje blaty i wprowadzam się w nastrój. zaraz się zacznie. już za chwilę powinna na mnie spaść łaska pana. pana od pisania. hej. od pisania. hej. do pisania hej hej. no to lecem.
27.10.2010
prosię ssące
ustaliliśmy dzisiaj, że ludzie to świnie. proces ewolucji zatrzymał się w niektórych przypadkach na łańcuchu korytowym i molekułach wieprzokształtnych. nie ma co do tego wątpliwości.
ale takie spotkania jak dzisiejsze: z kalmą i bandą rozjaśniają nieco wiary-brak-w-ludzi.
no i już.
więcej promyczków nie będzie.
pogoda na najbliższe dni: szaro i ponuro, z możliwymi przemgleniami.
ale takie spotkania jak dzisiejsze: z kalmą i bandą rozjaśniają nieco wiary-brak-w-ludzi.
no i już.
więcej promyczków nie będzie.
pogoda na najbliższe dni: szaro i ponuro, z możliwymi przemgleniami.
26.10.2010
nadwiślańskie bajowanie
zamiast relacji zdjęć trzy.
bo czasami lepiej pokazać. zgodnie z przysłowiem: chcesz to pokaż. ;p
no to siup. (w kolejności zupełnie przypadkowej, ale łowca musiała być pierwsza)
tyle.
a wiem, że
a wiem, że
apetyt masz na więcej
;p
;p
24.10.2010
kobiety niewystarczająco dobre
nie wiem czy zdołam na palcach jednej ręki policzyć wszystkie szczęśliwie związki moich dalszych lub bliskich znajomych. okazuje się bowiem, że coś takiego jak miłość przytrafia się naprawdę nielicznym, u większości szybko się kończy, a nawet w ogóle nie zaczyna. i zawsze gdy rozmawiam na ten temat, pada argument: że miłość to nie idylla, że nie może być zawsze dobrze, że kryzysy prędzej czy później się pojawią, że po latach zostaje czułość i przywiązanie i że f ogóle i f szczególe. pokusiłam się dziś o małą klasyfikację. oto co wykuło się z wątłych przemyśleń:
niektóre kobiety tkwią w związkach, dla czystej idei tkfienia f zfiąskach. są to filozofki. przekładają ideę nad praktykę. drugie to masochistki, im bardziej im źle tym lepiej. trzecie to matki teresy. uważają, że im bardziej im źle, tym większa aureola im wyrośnie. chcą zbawiać świat i im bardziej pokręcony gość, tym większą czują misję zbawczą. czwarte to matki polki, w ich rodzinach nie ma rozwodów. piąte to tchórzofretki. boją się samotności. wolą być z kimkolwiek, byle nie same. szóste to społecznice. podążają z nurtem presji społecznej, że do określonego-tam-wieku mają już mieć syna córkę dom kredyt i trzy złote gwoździe do trumny. siódme to kompleksiary. wydaje im się, że jak mają faceta, to złapały pana boga za ogon. ósme to krowy. wystarczy im kawałek pastwiska i długie wymiona do wykarmiania. niewydojone są nie do życia. dziewiąte to feministki. jest im w życiu znośnie. wiedzą czego chcą, a prawie nigdy tego nie dostają, często przemilczają to, czego pragną, ale jakoś tam wszystko się kręci i cieszą się z tego, że nie są krowami ani matkami polkami. dziesiąte to szczęściary. są szczęśliwe i spełnione, czują się "wystarczająco dobre" na każdym poziomie relacji. ale takich nie spotkałam.
koniec przemyśleń.
możesz mnie ukamienować.
niektóre kobiety tkwią w związkach, dla czystej idei tkfienia f zfiąskach. są to filozofki. przekładają ideę nad praktykę. drugie to masochistki, im bardziej im źle tym lepiej. trzecie to matki teresy. uważają, że im bardziej im źle, tym większa aureola im wyrośnie. chcą zbawiać świat i im bardziej pokręcony gość, tym większą czują misję zbawczą. czwarte to matki polki, w ich rodzinach nie ma rozwodów. piąte to tchórzofretki. boją się samotności. wolą być z kimkolwiek, byle nie same. szóste to społecznice. podążają z nurtem presji społecznej, że do określonego-tam-wieku mają już mieć syna córkę dom kredyt i trzy złote gwoździe do trumny. siódme to kompleksiary. wydaje im się, że jak mają faceta, to złapały pana boga za ogon. ósme to krowy. wystarczy im kawałek pastwiska i długie wymiona do wykarmiania. niewydojone są nie do życia. dziewiąte to feministki. jest im w życiu znośnie. wiedzą czego chcą, a prawie nigdy tego nie dostają, często przemilczają to, czego pragną, ale jakoś tam wszystko się kręci i cieszą się z tego, że nie są krowami ani matkami polkami. dziesiąte to szczęściary. są szczęśliwe i spełnione, czują się "wystarczająco dobre" na każdym poziomie relacji. ale takich nie spotkałam.
koniec przemyśleń.
możesz mnie ukamienować.
23.10.2010
too many friends will make you miserable :-)
kto by pomyślał, że przygotowanie tekstu za zajęcia skłoni mnie do refleksji.
czytanka o tytule "friendship overload" przykuła mnie nieco w serce.
na pewno masz wokół siebie ludzi, którzy wręcz nie potrafią opędzić się od pszyjaciuł. mają mnóstwo znajomych, kolegów, sąsiadów, znajomych znajomych, kolegów kolegów ze szkoły jednej, ze szkoły drugiej, z pracy pierwszej, z pracy innej, ze sklepu, kursu, z klatki schodowej, z internetu, z intensywnych zajęć dodatkowych i z całej kupy innej kupy. i to ma być dowód na to, że jest się lubianym, znanym i jeśli nie ma się czasu na przysłowiowe pierdnięcie - to niby dobrze. to niby bardzo dobrze. bo to ma znaczyć, że fajny z ciebie kolo. i to nieważne, że z większością nie masz ochoty w ogóle rozmawiać, że wielu z nich w ogóle nie lubisz i tak naprawdę utrzymujesz znajomości dla jakiejś tam potrzeby ich utrzymywania. tracisz czas na odpisywanie, oddzwanianie i - nie daj boże - spotykanie się. a czas leci. i marnuje się. bo najlepszy przyjaciel to nie jest wcale ktoś, kogo widujesz codziennie, ale "the one you hardly ever see". w moim życiu już dwa razy tak się zdarzyło, że najbliższe mi osoby pofrunęły gdzieś w siną dal. co w ogóle nie oznacza, że teraz lubię je mniej. wręcz przeciwnie, wszak, jeśli sam/a nie docenisz straty, to czas na pewno zrobi to za ciebie.
czytanka o tytule "friendship overload" przykuła mnie nieco w serce.
na pewno masz wokół siebie ludzi, którzy wręcz nie potrafią opędzić się od pszyjaciuł. mają mnóstwo znajomych, kolegów, sąsiadów, znajomych znajomych, kolegów kolegów ze szkoły jednej, ze szkoły drugiej, z pracy pierwszej, z pracy innej, ze sklepu, kursu, z klatki schodowej, z internetu, z intensywnych zajęć dodatkowych i z całej kupy innej kupy. i to ma być dowód na to, że jest się lubianym, znanym i jeśli nie ma się czasu na przysłowiowe pierdnięcie - to niby dobrze. to niby bardzo dobrze. bo to ma znaczyć, że fajny z ciebie kolo. i to nieważne, że z większością nie masz ochoty w ogóle rozmawiać, że wielu z nich w ogóle nie lubisz i tak naprawdę utrzymujesz znajomości dla jakiejś tam potrzeby ich utrzymywania. tracisz czas na odpisywanie, oddzwanianie i - nie daj boże - spotykanie się. a czas leci. i marnuje się. bo najlepszy przyjaciel to nie jest wcale ktoś, kogo widujesz codziennie, ale "the one you hardly ever see". w moim życiu już dwa razy tak się zdarzyło, że najbliższe mi osoby pofrunęły gdzieś w siną dal. co w ogóle nie oznacza, że teraz lubię je mniej. wręcz przeciwnie, wszak, jeśli sam/a nie docenisz straty, to czas na pewno zrobi to za ciebie.
22.10.2010
21.10.2010
jesienne liście
wiesz jaka jest muzyka jesiennych liści
[o taka]
i nie wyłączaj po chwili
niech sobie popłynie trochę
czasami tylko muzyka zostaje
kiedy wszystko inne
odpływa
[o taka]
i nie wyłączaj po chwili
niech sobie popłynie trochę
czasami tylko muzyka zostaje
kiedy wszystko inne
odpływa
14.10.2010
fe
chamstwo na pewno rodzi się z kompleksów. nie wierzę, aby stabilny emocjonalnie, zadowolony z życia człowiek, dopjerdalau innym jak makiem zasiał. ja rozumiem, że można mieć dzień gorszy i że nie zmienia się koni podczas przeprawy przez rzekę, no ale żeby czerpać satysfakcję z tego, że się przejedzie po kimś jak po linii ciągłej tudzież jak kamień w wodę - to już lekka przesadza. lepiej dosadzić niż przesadzić - mówi mądrość nasza ludowa. i być może jest tak, że człowiek uczy się całe życie i głupi umiera, ale niestety większość ludzi nie żyje, tylko gnije. fe. nidzdodadźnidzujońdź
13.10.2010
od czego zależy dobry humor
od chwili.
i tak na przykłada teraz słucham sobie jamie'go lidella i myślę sobie, jakie to wszystko jest piękne. i jakie niemądre jest popadać w zły humor z bylejakiego powodu. nawet głupota ludzka mnie w tej chwili prawie nie rusza. a jest to kwestia, co do której podchodzę bezkompromisowo. wiedziałe/aś na przykład, że genialny matematyk, człowiek, który zaprojektował urządzenie, służące do łamania kodu Enigmy i którego wkład w zakończenie II wojny światowej był większy niż wojsk alianckich - Alan Mathison Turning - został oskarżony o "naruszenie moralności", tylko dlatego, że przyznał się do homoseksualizmu. w rezultacie, by uniknąć więzienia, poddał się badaniom hormonalnym, co w konsekwencji doprowadziło go do samobójstwa. a wszystko to zdarzyło się zaledwie pięćdziesiąt osiem lat temu. dokładnie nieco ponad pół wieku temu, ludzie nadal skazywali innych według robaczywej moralności z drzewa poznania dobra i zła. co ciekawe, turning popełnij samobójstwo spożywając jabłko zanurzone w cyjanku potasu. mniej ciekawe jest to, że większość z ludzi spożywa to jabłko każdego dnia i jeszcze wmawia innym, że jeśli tego nie robią, to sprawiedliwość ognia piekielnego dosięgnie ich po śmierci. myślę, że sporo ponad dziewięćdziesiąt dziewięć procent chrześcijan, nie przeczytało nigdy całej biblii. a ci, którzy to zrobili, na pewno nie zatachaliby się zawołać za Winstonem Churchillem: "God, isn't God a shit".
i tak na przykłada teraz słucham sobie jamie'go lidella i myślę sobie, jakie to wszystko jest piękne. i jakie niemądre jest popadać w zły humor z bylejakiego powodu. nawet głupota ludzka mnie w tej chwili prawie nie rusza. a jest to kwestia, co do której podchodzę bezkompromisowo. wiedziałe/aś na przykład, że genialny matematyk, człowiek, który zaprojektował urządzenie, służące do łamania kodu Enigmy i którego wkład w zakończenie II wojny światowej był większy niż wojsk alianckich - Alan Mathison Turning - został oskarżony o "naruszenie moralności", tylko dlatego, że przyznał się do homoseksualizmu. w rezultacie, by uniknąć więzienia, poddał się badaniom hormonalnym, co w konsekwencji doprowadziło go do samobójstwa. a wszystko to zdarzyło się zaledwie pięćdziesiąt osiem lat temu. dokładnie nieco ponad pół wieku temu, ludzie nadal skazywali innych według robaczywej moralności z drzewa poznania dobra i zła. co ciekawe, turning popełnij samobójstwo spożywając jabłko zanurzone w cyjanku potasu. mniej ciekawe jest to, że większość z ludzi spożywa to jabłko każdego dnia i jeszcze wmawia innym, że jeśli tego nie robią, to sprawiedliwość ognia piekielnego dosięgnie ich po śmierci. myślę, że sporo ponad dziewięćdziesiąt dziewięć procent chrześcijan, nie przeczytało nigdy całej biblii. a ci, którzy to zrobili, na pewno nie zatachaliby się zawołać za Winstonem Churchillem: "God, isn't God a shit".
12.10.2010
ludzie są głupi
no wyobraź sobie, że wracam sobie do domu corsunią. jest po godzinie 20. mglisto. ciemno. podjeżdżam sobie pod klatkę schodową, a tam zonk nie ma miejsca. dwa samochody w odległości dwóch metrów od siebie, świecą tyłkami i szczerzą rury wydechowy. no nie ma. nie wcisnę się. to sobie podjechałam dwa metry dalej i zaparkowałam pod sąsiednią klatką. wciskam się, ciskam, tył, przód, tył - coby dobrze stanąć, a tu nagle bierze mnie z boku jakiś stary, biały hebel i każe okno uchylić. to uchylam. i wyskakuje z niego nabrzmiała, pryszczata morda i drze na mnie koparę, że niby dlaczego to parkuję nie pod swoją klatką (!). wcięło mnie trochę w wycieraczkę. oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie poczekała na niego i nie powiedziała (grzecznie, przegrzecznie, oj--tak--grzecznie), co o tym myślę. opadam już z sił, więc pominę tę część. skończyło się grzecznie: dobranoc pani. i tyle. koleś pewnie teraz wyciąga kozy z nosa, a ja siedzę i przeżywam.
10.10.2010
bez tytułu
rumianek z miodem i z cytryną - zaostrzony chemicalami i zmieszany z ciepłym słońcem. to się nazywa ciekawy niedzielny poranek. więcej później. czyli: later!
6.10.2010
Alhambra
pałac w grenadzie. hołd złożony matematycznej precyzji. wymarzone miejsce zamieszkania dla wszystkich ludzi uzależnionych od symetrii. marcus du sautoy, the addict of symmetry, mówi, że gdyby miał wybrać jeden budynek na świecie, w którym miałby zamieszkać do końca życia, byłaby to własnie Alahambra. osobiście, będąc humanistką pełną gębą (i wszystkimi innymi otworami też), zawsze uważałam matematykę za zło koniecznie. od pewnego czasu zaczynam jednak doświadczać tzw. lust for science, przez co moja mała wizja świata zaczyna się poszerzać. ale o tym wkrótce.
co do symetrii, to przecież: "In everything… uniformity is undesirable. Leaving something incomplete makes it interesting, and gives one the feeling that there is room for growth". zobacz sobie więcej tutaj [o tu]. może i tobie się spodoba.
tulipany
na onkologii w gliwicach wisi obraz, na którym rosną żółte tulipany. tło jest rozmyte i tylko znudzone długim czekaniem oko dostrzega na nim kształty domów i drzew. ponieważ obraz znajduje się za szkłem, odbija się w nim okno i kawałek muru. i niewyraźna postać kobieca, która stojąc w drugim skrzydle szpitala, oddechem odlicza kolejne dni. życie z niej ulatuje, jak kontur z rozmytych kształtów. a tulipany są słonecznie żółte. rzucają świeże spojrzenie na pachnącą chorobą posadzkę. mam trochę czasu, żeby zastanowić się nad sensem życia, ale zamiast tego gapię się bezmyślnie na żółte tulipany. "poeta rozminął się zupełnie z nastrojem opisywanego miejsca".
5.10.2010
w labiryncie ludzkich spraw
są takie tapeto-ścienne gry, jak to:

albo to:

albo to:

że sobie siedzisz w kibelencju i walisz kółka i krzyżyki. nie powiem, żeby pomysł nie był oryginalny, ale jak sobie wyobrażę, że mam knopersa kulać i w tym samym czasie z labiryntu wychodzić, to mnie zaraz na zatwardzenie bierze. może ktoś lubi, tak we własnym sosie się dusić i siódme poty wyciskać, żeby łamigłówki rozwiązywać, ale dla mnie wystarczającą niewiadomą jest czy się wszystko wystruga i czy nie trzeba będzie po ściankach szorować, bo to zawsze najgorsze jest, tak skrobać po tej glazurze, wtą-i-wewtą, a zawsze coś kapnie, coś pryśnie. zdecydowanie wolę taki labirynt o tutaj taki. przyznasz: całkiem adekwatny do takiego stolca.

albo to:

albo to:

że sobie siedzisz w kibelencju i walisz kółka i krzyżyki. nie powiem, żeby pomysł nie był oryginalny, ale jak sobie wyobrażę, że mam knopersa kulać i w tym samym czasie z labiryntu wychodzić, to mnie zaraz na zatwardzenie bierze. może ktoś lubi, tak we własnym sosie się dusić i siódme poty wyciskać, żeby łamigłówki rozwiązywać, ale dla mnie wystarczającą niewiadomą jest czy się wszystko wystruga i czy nie trzeba będzie po ściankach szorować, bo to zawsze najgorsze jest, tak skrobać po tej glazurze, wtą-i-wewtą, a zawsze coś kapnie, coś pryśnie. zdecydowanie wolę taki labirynt o tutaj taki. przyznasz: całkiem adekwatny do takiego stolca.
1.10.2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)