24.04.2011

i jeszcze coś ode mnie na zakończenie dnia

ręka mnie rwie. chyba na deszcz.

nie tylko baranki wielkanocne potrafią wzruszać

"W tamtych czasach byłem jeszcze wciąż dość wyraźnie rudy; przypadkowe natknięcie się na miejsce chrztu tego 'rudego księdza', który przysporzył mi tyle radości przy tylu okazjach i w tylu zapadłych kątach świata, przyprawiało mnie o sentymentalny nastrój. I przypomniało mi się, że to przecież chyba Olga Rudge zorganizowała po raz pierwszy w historii tego miasta settimana Vivaldiego - tak się zdarzyło, że akurat na parę dni przed wybuchem drugiej wojny światowej. Impreza odbywała się, jak mi ktoś powiedział, w palazzo hrabiny Polignac, a miss Rudge grała na skrzypcach. W trakcie wykonywania utworu zauważyła kątem oka, że do salonu wszedł jakiś pan, który stanął przy drzwiach, ponieważ wszystkie miejsca siedzące były zajęte. Utwór był długi i skrzypaczka zaczynała trochę się denerwować, ponieważ zbliżało się miejsce, w którym trzeba było przewrócić kartkę nut, nie przerywając gry. Mężczyzna, którego widziała kątem oka, ruszył przed siebie i po chwili znikł z jej pola widzenia. Trudne miejsce w nutach było coraz bliżej i jej nerwowość rosła. Wreszcie, dokładnie w momencie, gdy miała przewrócić kartkę, z lewej strony wysunęła się dłoń, wyciągnęła w stronę pulpitu i powoli przewróciła arkusz. Skrzypaczka grała dalej, a gdy trudne miejsce miała już za sobą, zerknęła w lewo, aby podziękować nieznajomemu spojrzeniem. 'I tak - jak opowiadała Olga Rudge komuś z moich przyjaciół - poznałam Strawińskiego' ".*


*(j. brodski, znak wodny, s. 75-75)

21.04.2011

bez tytułu. kwitną żonkile

wizyta w komisariacie policji upłynęła w atmosferze wzajemnego zrozumienia i niespełnionych nadziei. pan komisarz zrozumiał moje poświęcenie pojawienia się u niego z samego rana w mój wolny wielkoczwartkowy dzień, a ja przytakiwałam pełna zrozumienia dla biurokratycznego potwora, którego trzeba było nakarmić. co się zaś tyczy niespełnionych nadziei, to pan komisarz był przekonany, że się nie stawię dzisiaj u niego, a ja miałam nadzieję na postępy w śledztwie. oboje zrobiliśmy nerwowe miny do kiepskiej gry, a miodowo-musztardowe biurko w wydziale kryminalnym, pokryte srebrną warstwą miękkiego kurzu nie miało nic wspólnego z ulotnością i subtelnością chwili.

20.04.2011

wenecja

jest taki film z andżeliną i depem, który się nazywa turysta. miałam tę przyjemność, że oglądałam go w kinie. film zupełnie przeciętny, ale przyjemność dotyczyła oczywiście wenecji. piękne zdjęcia. wenecja to jeden z tych krajów, które oceniane są jednak zbyt powierzchownie. tagzwane obvious beauty działa na niekorzyść tego miasta. chyba wszyscy mówią, że wenecja jest piękna, ale mało jest ludzi naprawdę zakochanych w jej znaku wodnym. nie wiem czy uzyskałam prawidłowy kontrast przeciwstawiając hollywoodzką taśmę z rosyjskim piórem. josif brodski pewnie zmarszczyłby swoje wysokie czoło na widok posągowej andżeliny na tle "nadbrzeża nieuleczalnych" (tytuł włoskiego wydania znaku wodnego). chociaż może nie do końca. na pierwszych stronach swojego eseju wspomina spotkanie z wysoką, "osobą płci żeńskiej solidnie spóźnią", wenecjanką, która "była jedną z tych kobiet, których pojawienie się we śnie gwarantuje żonatym mężczyzną powrót nocnych doznań fizjologicznych z lat dojrzewania". pewnie podobnie jest z andżeliną. ale nie wiem. nigdy nie byłam żonatym mężczyzną.
*
są miasta na świecie, w których trudno się zakochać. dla mnie takim miastem jest wenecja. chociaż josif brodski rozbudził we mnie wielki głód ujrzenia miasta na nowo. najlepiej w zimie. z dala od watachy opalonych kolan migających fleszami i zakłócających spokój wodzie. albo tak: "odziane w szorty stada, zwłaszcze te rżące w języku niemieckim, działają mi również na nerwy: tym, że ich - czyjakolwiek - anatomia tak dalece ustępuje anatomii kolumn, pilastrów i posągów; oraz tym, co ich ruchliwość usiłuje narzucić stabilności marmurów". (nie mogę przestać myśleć ile herberta jest w tych słowach. ukochana przez niego toskania podobnie żyje i dźwięczy w ulu rozkochanych w miejscu słów). zostawmy to.
*
jeśli, jak pisze brodski, "lustra hotelowe matowieją jeszcze bardziej, że widziały tylu ludzi", to być może z wodą jest (będzie) podobnie. wenecja nie jest krajem, w którym twój wizerunek cokolwiek znaczy. "tutaj bowiem własna osoba jest ostatnią rzeczą, którą chciałoby się oglądać". przeszkadzają mi nieco w tej miłości odwołania do wszechmogącego, z którymi nawet nie mogę udawać, że się zgadzam. na przykład to, że "najlepszym dowodem na istnienie wszechmogącego jest być może fakt, że nikt z nas nie wie, kiedy ma umrzeć". to mi się nie podoba. ale już to: "naprawdę docenić nieskończoność potrafi tylko to, co skończone", bardzo mnie przekonuje. i choć nie lubię tych fragmentów w których "duch boży unosi się nad wodami", to jednak - muszę przyznać - dodają one miejscu niezwykłości i pożądanej ciekawości. to mnie jednak zawsze przygnębia, że mój zryw ku nowemu jest taki krótkotrwały. dzisiaj jest. a jutro uśpiony będzie czekał na kolejne przebudzenie.
*
no ale... rozpisałam się chyba zupełnie niepotrzebnie.

19.04.2011

...póki co święta z jajem

rysia czeka na operację przegrody nosowej
ja czekam na wczesny lipiec, kiedy będę musiała w końcu coś postanowić
w między czasie nadzieja na udaną połowę maja
ale...

17.04.2011

mylne wzruszenia

nie sądzę aby istniały.
to co nas wzrusza, dotyka realnie.
jak przychody i odchody.
ludzkie
to znaczy ludzi
brak

*to nie wiersz tylko ścięcia prozą

12.04.2011

wieczorne wzruszenie

dzieci mnie wzruszają.
widzę takiego w czapce z lisa i myślę sobie że jestem taka wzruszona. a później rysia mi mówi, że to jest żyrafa, a nie lis. i że jak jest napisane na niej giraffe i ma ciapki żyrafie i narysowaną żyrafę, to nie może to być lis. wzruszyłam
ramionami.

10.04.2011

bez tytułu. rushdie.


*
'... and whenever someone who knows you disappears, you lose one version of yourself. Yourself as you were seen, as you were judged to be. Lover or enemy, mother or friend, those who know us construct us, and their several knowings slant the different facets of our characters like diamond-cutter's tools. Each such loss is a step leading to the grave, where all versions blend and end.' (Rushdie, The ground beneath her feet)
*

9.04.2011

my name is luka

oto jak tłumacz może jednym szybkim nieprzemyślanym ruchem zepsuć autorowi całą książkę: Mr. Blank = (a właściwie nie równa się) Pan Niewiadomski. paul auster powinien poważnie nadwyrężyć fizycznie nijakiego jerzego kozłowskiego, dzięki któremu bohater jego ksiażki otrzymuje nazwisko jak z kreskówki dla mauosprawnych umysłowo, przez co cała opowieść upada napyzk. to tak jakby przetłumaczyć Mr. Fuck na Pana Kochalskiego. jakieś podobieństwo jest. obie nazwy zawierają literki c i k.

no i jak zaczęłam już czytać ze złym nastawieniem, to już nie mogło być lepiej. i nie było. choć książka całkiem sprawnie napisana. trochę nawet ciekawa ;)

bez tytułu. nie udaję, że to prawda.

wczorajsza seta z chmielem odbiła się tępo w porannej migrenencji z amolem i kostami lodu. prawdziwy śniadaniowy koktajl. a może to halny za oknem. who wie. tak wieje, że swoich myśli nie słyszę. ale po wczorajszej rozmowie z katasią, dochodzę do wniosku, że dzieją się w tym naszym życiowym bełkocie rzeczy prawdziwie przejmujące, pokręcone, niezrozumiałe, którymi warto zawracać sobie głowę.

3.04.2011

"Andrea jest żywiołem"

jest taki fragment w książce, którą czytam, który sprawił, że go podkreśliłam (ówkiem bo z biblio-teki jest), teraz nie wiem czy dobrze zrobiłam i czy mam go wyguumować, czy też może niech inni biblio-file trochę się namyślą. fragment jest taki: "Jakby mentalność Polaków nie mogła znieść życia bez autorytetu - zżymała się Megi. - Jakby naród pisał zbiorową pracę magisterską, a w niej nic od siebie, tylko op. cit i ibidem". to na stronie 81 jest. widać, że autorka skończyła polonistykę. no ja też skończyłam, a książki nie napisałam. więc nie wiem czemu się stroszę jak struś bez skrzydeł. to znaczy piór. no ale jest prawo takie niepisane (a może ktoś je spisał), że jak coś napiszesz, to inni to przepiszą. to znaczy skrytykują. żeby poczuć się lepiej. mądrzej. no właśnie. to żeby poczuć się mądrzej, A masz: książkę nawet dobrze się czyta. ale nie sądzę, abym pamiętała o niej jak już ją skończę. czasem nawet zapominam, że ją czytam. powiem ci później jaka to książka. jestem na stronie sto-piątej. a ostatnia jest na stronie 356. jak nie zapomnę jej przeczytać to znów się trochę wymądrzę. do!

2.04.2011

piękne imię miła ma

beata. oj pani beata upaja nas swoją mądrością. gracyją i stylencją od lat. pani beata - tyszkiewicz - w drugim śniadaniu mistrzów pokazała znów swoją błękitną klasę. szkoda że naród jak cep nie ómi docenić wielkości. powinniśmy się uczyć od pani beaty arystokratycznego bełkotu i wzniosłej gestykulacji. o takiej właśnie
takiej i nie innej.

1.04.2011

jak opowiadać to tylko ex post

no i pojadę gombrowiczem. chciałabym przez chwilę poudawać, że to moje, ale pewnie szybko się zorientujesz, że kantuj-ę. choć na pewno już zorientowałe/aś się wcześniej. nie umiem znaleźć ładnej końcówki dla czytelnika, którego przecież może w ogóle nie być. a jeśli jest to anonimowy. odległy. czytający z przypadku. niechcący. pomiędzy kęsem mielonego, a uwierającej gumie w gaciach. gumie w gaciach? już widzisz jak błądzę słowostawie. no ale ten gombrowicz. co z nim. był na początku i znikł. tutaj jest, w tej zacnej myśli: "nikt nigdy nie zdoła oddać bełkotu rodzącej się chwili" (kosmos). ładne, nje? no pewnie. jeśli cokolwiek jest w stanie przykuć (przykłuć?) twoją uwagę na więcej niż sekund parę, to już jest frugo. dzisiaj wszystko dzieje się w ułamkach sekundy. tylko problemy, które sami sobie wyolbrzymiamy, obchodzą nas więcej, dłużej, całymi dniami, tygodniami. a sztuka? szczuka już nikogo nie obchodzi. zdziadziała. straciła pazur. nawet er się zatarło, zmatowiło. a gombrowicz zawsze na topie i kiedy mówi: "nie potrafię tego powiedzieć... tej historii.... ponieważ opowiadam ex post [...] A jak opowiadać nie ex post?". to ja wiem, że mówi ważnie.i gdy się głowi to się głowie ładnie: "czy więc nic nigdy nie może zostać naprawdę wyrażone, oddane w swoim stawaniu się anonimowym [...]". muszę przestać. choć mnie korci. ale groszek mi paruje na talerzu. opary nie pozwalają myśleć. wygrał mielony i koperkowe pi-re. kosmos.