29.03.2011

pępkowe

radość z odkrywania nowych słów jest przyjemnością iście kolekcjonerską. szczególnie jeśli te słowa uzupełniają ubytki w uzębieniu własnego życia. moje osobiste życie trochę cierpiało na brak znajomości słowa omfaloskopia. muszę je głośno wypowiadać, bo już po drugiej sylabie zapominam pierwszą. omfaloskopia to badanie własnego pępka, ale nie anatomicznie, tylko egzystencjalnie. zawdzięczamy je jerzemu stempowskiemu, który pisał: "[...] literatura jest dzisiaj wybitnie omfaloskopiczna, brak jej wizji świata zewnętrznego. dostojewski, który tyle lat jeździł koleją, nie wspomina nigdzie, aby widział coś z okna wagonu" [tu sobie poczytaj]. ja też ciągle oświetlam sobie drogę pępkowym widzeniem. piszę też i pewnie widzisz jak głupio to wypada przy dostojewskim, ale mam dzisiaj dużo flegmy w gardle i młotów w głowie, że mogę sobie pozwolić na totalną głupotę przyprawioną intelektualną różą z rzodkiewki, która zawsze zostaje na talerzu. niestety niczego innego nie umiem. i na niczym innym się nie znam. jak tylko na sobie. a i tu zawołam: wi.toł.wi.toł. czyli veto. akcent też mam chybiony.

28.03.2011

"głębinowe niezadowolenie"*

zbyt często mi się przydarza. czas osiąść na mieliźnie.


*s. mrożek

27.03.2011

bez tytułu

zdarzają się w życiu rzeczy przejmujące. czasami są to zdarzenia, czasami słowa, zdania. mnie ostatnio przydarzyło się zdanie. całkowicie przejmujące. brzmiało ono: "nigdy nie przestawaj słuchać Bacha". nie jest łatwo wytłumaczyć, dlaczego poruszyły mnie te słowa, dlatego nawet nie podejmuję się zadania. nie wiadomo dlaczego niektórym ludziom podoba się to, co dla innych jest nawet niezauważalne. kwestia wrażliwości jest tylko częścią odpowiedzi.
*
"Ale zdaję sobie sprawę, że w tej dziedzinie słowa są bezsilne: Bacha można pokochać tylko przez jego muzykę" (j. iwaszkiewicz)

trzy słowa na temat tego dlaczego nie powinno się oglądać discovery travel

Hix Island Hotel
Hix Island House, Vieques Island, Puerto Rico Luxury Villa / Lofts
Loft 1, Casa Redonda, Hix Island House, Vieques, Puerto Rico
Casa Rectangular, Hix Island House, Vieques, PR
no nic. idę karmić koty.

wa wa wa zabawa

wczoraj była godzina dla ziemi i godziny dla wąsów małysza. polska się ómi bawić.

26.03.2011

pada

a ja patrzę na zmywacz do paznokci all about body i myślę sobie, że muszę w końcu przestać być all about myslef i zacząć myśleć o świecie. chyba zacznę od ziemi. może zrobię segregacji śmieci. tak. przejrzę kontakty z gmaila.

25.03.2011

Maybe Be Alright

wracam czasami wspomnieniami do dni przeszłych i myślę sobie, że dokonałam w życiu słusznych wyborów. leszek kołakowski miał rację, mówiąc, że w życiu można być co najwyżej zadowolonym, ale ja dzisiaj mogę śmiało powiedzieć, że jestem w trakcie przeżywania przebłysku szczęścia, który na pewno za chwilę się skończy, nie wiem nawet czy dotrwam do końca pisania tej notki, ale na tę chwilę wszystko układa się w linii prostej, jasnej. zupełnie jakbym weszła w obraz chagalla i uzupełniła kompozycję o swoją nieforemną, kanciatą postać, która - w zupełnie niezrozumiały sposób - właśnie tam pasuje. nieforemna i kanciata.
*
właśnie przysłuchuję się tajemniczej postaci niejakiego williama fitzsimmonsa. ciekawy człowiek. siedzi sobie taki zarośnięty, piękny pod tą brodą i próbuje być sobie prawdziwie. mnie to przekonuje.



*
i - jest w życiu tyle narośli, które wciąż bolą. i których lepiej nie zdrapywać. niech rosną. i jest w życiu tyle błędów. które wciąż popełnia się na nowo. i których lepiej nie analizować. niech trwają. i jest w życiu tyle żalów, które wciąż się gromadzą. i które na pewno kiedyś się przeleją. i jest w życiu tyle tęsknot, które wciąż doskwierają - że to jest wręcz niemożliwie, żeby czuć się przez moment totalnie szczęśliwie.
*
jest mi w życiu równie smutno, co szczęśliwie.

24.03.2011

nowy york w katowicach

M. mówi, że to tak jakby zobaczyć na żywo postać z kreskówki. ma rację. to jedno z tych wydarzeń, które zmieniają cię od środka. które będziesz wkładać do szufladek wyłożonych aksamitem i dumnie wspominać. nie mówię o tym, że miejsca były vipowskie i dosłownie klarnet na wyciągnięcie ręki. i nie mówię też o tym, że sam koncert był dobry, choć nie najlepszy (jazz obronił się subtelnym klimatem nowego yorku). ale mówię o tym, że oto po drugim utworze allen podchodzi do mikrofonu i - dla mnie - wtedy właśnie zaczęła się najpiękniejsza muzyka tego wieczoru. jako allenowski freak doznałam spełnienia. i tylko świry podobnego pokroju potrafią wpaść w zachwyt nawidok brązowych sztruksów i niebieskiej koszuli i nausłych głosu najsłodszego neurotyka na świecie. a oto trochę obrazków. reszta ładuje się w pamięci.




21.03.2011

najgorszy dzień

ever

hair I

pierwsza część terapii szokowej zaliczona
I'm still alive :-)

20.03.2011

sobotni fryzjer

nie okazał się dobrym wyborem. ale ponieważ immanentną cechą włosów jest ich odrost, będę żyć. co prawda, już solidnie nadwyrężyłam kręgi szyjne, przeglądając się w lusterku co minutę, takim małym, poręcznym, w którym zamiast całej głowy naraz, widzisz tylko kawałek czoła, ucha, jedno pasmo, drugie pasmo i wewnętrzny krzyk rozpaczy. co więcej, w drodze powrotnej od fryzjera spowodowałabym czy wypadki i pieńdz kolizji, patrząc w główne lusterko zamiast na jezdnię i przeczesując grzywę raz po raz, zamiast zmieniać biegi. i tak na dwójce z porywem do trójki dojechałam do domu, wykonując przy tym parę telefonów informujących o moim pofryzjerowym szoku, który - jak sobie założyłam - potrwa jakieś dwa mosze czy tygodnie. la vita e bella.
*
wczorajszy stary allen okazał się zupełnie nowym odkryciem. pomimo wielkiej inspiracji bergmanowskimi dramatami, udało się mu zaznaczyć swój własy styl. trochę jednak zbyt naiwny tytuł: wnętrza, dał widzowi zbyt dosłowny klucz interpretacyjny. wszystko inne cudowne.
*
siedząc na fotelu dentystycznym, przez wielu nazwanym również fryzjerskim, zdążyłam przekartkować twój styl i odkryć, że słusznie od dawna nie jest moim stylem. ale wyczytałam w nim ciekawe słowa leszka kołakowskiego - hyba przytoczone przez jakąś polską aktorkę, która zręcznie mówiła o swoim ciekawym spełnionym partnerskim życiu i związku, ale nie wiem tego na pewno, może to przez to że nie była ciekawa. a może tylko nieciekawie mówiła - w każdym razie słowa kołakowskiego zostały: w życiu może być szczęśliwe tylko dziecko, my możemy być co najwyżej zadowoleni. oj tak.

simple truth

you must be lucky to be happy
most of us are
not

15.03.2011

lost

czyli finish.
no prawie, do mety niedużo zostało.
mało.

8.03.2011

the blues

jeden różowy tulipan poważnie naderwany. i korale poważnie niedobrane. i jeden elton przeciągany do trzydziestego już chyba razu. czyli dzień jak codzień. byłby. a zamiast tego trochę się kolory pomieszały i teraz mamy szarości, srebności i lazury. jest ładnie. bo już dawno ich nie było. poza tym wciąż jem kolacje późnymi wieczorami, znów oglądam satc, piję sok malinowy z herbatą i gapię się w ścianę. można to określić tak:
Marc Chagall. Blue Village.
Marc Chagall. Blue Village. 1975. Oil on canvas

albo tak:


toznaczypomyliło misię, miało być tak:


to banter

czyli przekomarzać się :-)


aj

7.03.2011

burning house

cienie na podłodze są takie wdzięczne. wdzięczą się do słońca. vis a vis cienia ja. i kawałek torebki dyndający. kwiaty palą się na parapecie. myśli palą się w głowie. reszta pali sama. w miejscu niedozwolonym. głowa nie jest miejscem publicznym, więc mogę w niej palić. nie przeszkadzam nikomu, tylko sobie trochę przeszkadzam. a tak się pali dom chagalla:
Marc Chagall. Burning House (La maison brûle).
Marc Chagall. Burning House (La maison brûle). 1913. Oil on canvas.


ja też się palę. tylko jeszcze nie wiem jak.

6.03.2011

jest sobie niedziela

a przed chwilą był sobie piątek. moja obsesja staje się nudna. nic nie robi tylko wciąż się powiększa. to nie jest ciekawe.

5.03.2011

karnawał sobie ja sobie*

tina własnie przyszywa koci ogon do swojego kociego kostiumu, gotowa złowić jakiegoś szczurka. bal bal bal. ludzie się bawią. a u mnie będzie filmowo. jak zawsze fikcja ciekawsza od życia. choć w sumie mogłabym się też przebrać za kota i zatańczyć walczyka. ale oddałam swoje czerwone buty tinie, więc niech będzie, że wyjątkowo dzisiaj za nic i za nikogo się nie przebiorę. bal bal bal. la la la. zapalę sobie bazylię jak radzi MP i poserfuję sobie po dźwiękach radia roxy. to chyba nie jest cool, ale bujam się na fotelu przy dźwiękach radia roxy. schodzę na psy, a zaczęło się od kotów. no i kto by pomyślał, że taki piękny karnawałowy wieczór mnie czeka. "towary kolonialne" w radiu roxy. marika@roxy.fm. trochę mnie kusi, żeby się jej zwierzyć z mojego wieczornego karnawałowego bujania na fotelu. ale zamiast tego słucham piosenek, które słyszę pierwszy raz w swoim trochę starym już życiu i czuję się muzycznie bardzo głupia. są czarne nowojorskie głosy i czarne afrykańskie ryki. no. jest kolonialnie. nie jest źle.


*"życie sobie ja sobie" (MP)

bez tytułu. udaję, że tworzę

siedem tulipanów w dzbaneczku na oknie. każdy w inną stronę nachylony. wiosna za 6.99 marki tesco.

4.03.2011

nos czyli poważna sprawa

rysia wybiera się na majową przeróbkę przegrody nosowej i już sobie kopie doła na powązkach, bo myśli, że ją nie dobudzą. że jej nos już wiecznie będzie uśpiony i nie wciągnie już żadnego motyla, ni muszki. a tak poważnie dedukując, serynie rozumiewując, absolutnie się wczuwając to nie są to przelewki. taki usztywniony nos to niezła kicha. toznaczy własnie że nie kicha, nie wciąga, smarków nie hoduje, nie można sobie podłubać, nic do niego włożyć, nic z niego wyciągnąć. brak tych dwóch małych dziurek na pewno odbije się niekorzystanie na pozostałych. aż strach pomyśleć jak oczodoły będą eksploatowane, o reszcie nawet nie wspominając. no w każdym razie, jak już ustaliłam, zamiast znicza za pięć złotych, kupuję wiatraczek w kolorach tęczy, żeby upamiętnić rysiową gay friendly attitude. być może too friendy, być może too gay, ale kogo to już będzie obchodzić, jak się wszyscy wpatrywać będziemy w to śmigające na wietrze cudo. no więc rysiu jak to powiedziałaś: będzie jak w ameryce, jak na cmantarzu dla zwierząt, powiewajace wiatraczki i ogólny szał. bo ty niezła bestia byłaś. toznaczy jesteś. się pośmialiśmy.

2.03.2011

to niepokoi

o dwunastej w południe słońce jest ostre i ciepłe. tnie płomieniami bladą po zimie twarz. i tak sobie znowu dużo myślę o tym życiu (o tamtym już dawno przestałam), które rozwija się jak włóczka, a kłębek staje się coraz mniejszy. dzisiaj bawiłam się z chudosławem. wełną koloru żółtego. powiewała na wietrze jak cienka linia życia, która nie potrafi ułożyć się w linii prostej. chudosław zadowolony popołudniową zabawą, łapał w pyszczek kawałki włóczki, owijał ją między czarnymi łapkami, po zwierzęcemu udawał, że cieszy go ta zabawa. a ja rozwijałam i zwijałam motek. jeszcze mogę pozwolić sobie na taki luksus. dzisiaj wiatr był bardzo srogi. rozdzierał powietrze szorstkim podmuchem. żółta włóczka tańczyła między drzewami, zupełnie przedmiotowo podchodząc do trwania. taka już wielka zaleta przedmiotów - trwają wiecznie nieświadome swojego trwania. a my: nie dość że krótkotrwali, to jeszcze temporalnie obsesyjni. toznaczy-ja. i może jeszcze paru innych, którym ta włóczka też czasami owija się wokół szyi i przypomina o smutnej samotności człowieka wobec upływającego czasu. to niepokoi.