31.08.2011

że

że.by to chciało być dzisiaj mniej ż.le.
a nie chce.

30.08.2011

pies czyli kot

chudosław, chudzik, chudy

czas poranny zastał mnie w nastroju głęboko dalekim od zadowolenia. na przebieg owego stanu wpłynęło parę czynników, o których nie chcę teraz mówić (nie, nie. naprawdę nie. no nie. nie je nie), ponieważ intymność wyrażona zawsze podnosi poziom cukru w moczu i nadkwasotę w gałkach ocznych. a więc raz się rzekło. a teraz dalej: ostatni dzień względnego wyciszenia psychicznego i intelektualnych wycieczek. jak ja lubię to słowo: intelektualny. no ale popatrz jak ono brzmi inte.lektu.alny. z miejsca się zakochać można. oczywiście degradować tężyznę fizyczną jest ruchem wielce niesłusznym, ale wielbić polot intelektualny znaczy podążać tworzywem twórczego ducha. oj tak tak. jak mawiał papież (awangardy): "człowiek naiwny, kiedy chce widzieć Boga, zwraca oczy ku  niebu; człowiek głęboki widzi Boga, kiedy patrzy na wymiona krowy". no jakaż to głęboka prawda, nieprawdaż. i na końcu: lecę do słońca wygładzić zmarszczki. takie to mną dzisiaj targają uczuciątka.

28.08.2011

bez tytułu. zachwycić się czegoś.

siedzę u neurologa i czytam zawał białoszewskiego. godzina za godziną wieczność robi się naprawdę mała. ludzie trajkoczą, jakby chcieli zagłuszyć swoje sypiące się kości, zgrzytające wnętrzności i ulatującego ducha, który, cyk, cyk, cyk unosi się i wali głową w sufit. kolejna ofiara systemu.

a zawał cudowny. zaczyna się tak: "Złapało mnie to w tunelu. Stoję, nie pomaga". i jeszcze mały fragment z serii sztuczne zęby:
"Jak dobrze, że mnie nie boli. A tu - pyk, pyk. [...] Nasłuchuję: ząbki".
chyba trzeba nie mieć czucia w sercu trzustce i wątrobie, żeby się nie zachwycić.
zachwyć się tego.

24.08.2011

bez tytułu. tędy.

przyszła. gruba. kwadratowa. z dizajnerską okładką lat siedemdziesiątych. wygląda jak kostka rubika. zawartość równie pokręcona. rozpoczyna się słowami: "wiek dwudziesty nie umiał przyjść na świat". i znów jest pięknie. od wczesnej porannej chwili. i do tego okruszek geniuszu w prezencie z rana [tu]. wszystko wydaje się spójne. wszystko, ach wszystko.

23.08.2011

pod wpływem

jestem dziś aż za nad to pod wpły wem mistrza miro. co to znaczy być pod wpływem. to zupełnie proste, bo to znaczy być w środku spirali, z której jak na ra zie nie ma wyj ścia.

z życia wziętych: koty harcują a dzień się skraca. leci i nie wiem dlaczego tak pędzi.

w tomiku białoszewskiego mam zasuszony kwiatek. patrzę. a on promienieje.

kolka językowa

po bólu ją poznasz

21.08.2011

bez tytułu. jakie szczęście.

stary numer poezji. grudzień. 1985. wpadł mi do ręki dzisiaj z samego rana i już wiem, że to będzie udany dzień. szukając książek o peiperze, taka niespodzianka z serii miłych czułych. mironiada i konopnicka. pełna wspomnień. rozmów. okładka jest przybrudzona. strony żółte. zapach cierpki. ale już na drugiej stronie fotografia mirona do ausweisu. zakonspirowana. poeta ma na niej wąsy. domalowane. i wygląda jak nie on. Le. pisze, że "że od razu widać, że to poeta". ja się zastanawiam. bardziej przypomina aktora z filmów przedwojennych. żigolo z wąsikiem. ale, co za radość. zupełnie niespodziewana. aż nie mogę się doczekać lektury. może powinnam głębiej zastanowić się na tym, że nie znam stanu własnej biblioteczki. ale zostawiam to na później. tak naprawdę, to nie jest to w ogóle istotne.

19.08.2011

bez tytułu. dręczę. ę to ja.

słowa skręcone. nie wiem, kto je tak skręcił. spiralą mi stoją w gardle. wejścia od przodku. wejścia od tyłu. nie ma. jedna z wielu wstydliwości, które wywołują skurcze mowy. potem jelit. ja jestem wciąż wewnątrz. pogrubiała. obolała.

18.08.2011

królestwo małoznaczności

z pozoru. krzaki drzewa kąty. śniadanie z wczesnego rana. potem książki. obiad. książki. kawa. itakdalej w kole macieja. gdzieniegdzie koty. chudy i gruby. to na kolanach. to na posadzce. bo chłodniej. w takim upale jak dzisiaj większe rozdrażnienie. koty lepiej sobie radzą. skulą się w kłębek na wilgotnej ziemi i tylko oczami przewracają, strzepując z powiek poszarpane sny. a ja przemieszczam się z trawy na taras, z pod drzewa - na z pod krzak, z fotela na taboret, obrzucając wszystkich spojrzeniem rannego zwierza. moje pielgrzymki są krótkie.  nie dłuższe niż 3 metry. bo jak się okazało, czytanie na trawie inaczej wchodzi niż na betonie. w słońcu lepiej niż w cieniu - wcale nie. choć za jednym machem.za. opalasz się ty. czytasz ty. i ciebie całe to letnie zamieszanie szczególnie raduje. jeszcze muszę skoczyć coś doczytać, bo to nie może być tak, że jak chcesz to nie możesz. i takie jest moje królestwo małoznaczności - codzienności zupełnie niezwykłej.

15.08.2011

bez tytułu. kradnę myśli.

"jestem próżnią, przez którą przebiegają fale" (a. ważyk).

śnił mi się egzamin

a ja trzymałam pilota w ręce i wciskałam pauzę, za każdym razem kiedy nie znałam odpowiedzi na pytanie. biegłam wtedy do książek, sprawdzałam odpowiedź i włączałam play. pauza play. pauza play. pauza play. takie sny zaczynają pojawiać się wtedy, kiedy uświadamiam sobie, że już nie mogę się więcej obijać. przez parę dni jestem podrażniona, lekko zdołowana. czekam na ten moment, który sam przeniesie mnie do książek. tak. wydaje mi się, że ten moment jest już toosh toosh. zbliża się. i na całe moje szczęście. wszak: ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty ty -
- czas paluszkiem grozi.

9.08.2011

pan klapek kurczowo trzyma się słów

które, niczego nie oznaczają. pozbawione desygnatu leżą w kątach, jak zasuszone owady. zgniecione na wiór, przypominają sadzę, która nic innego nie robi, tylko brudzi.

żal

i się. żali. z nieba płynie żali. do skóry wnika dużo żali. mówią na niego żali. bo ma porcelanowe poczucie wszechświata. pęka przy każdym niepokoju.

8.08.2011

bez tytułu. bez treści.

najbardziej lubię zdjęcia, na których nie jestem podobna do siebie. sądzę, że najdokładniej oddają moją naturę.

4.08.2011

blizny

to przeszłość pisana ciałem. parę jest widocznych. o tu. i o tam. ale te najpoczytniejsze leżą w ukryciu. często do nich zaglądam. rozczytuję się w bólu. namiętność to bolesna wyliczanka. zawsze wychodzi na jedno. i to samo. dno. z każdą kolejną blizną, obraz staje się ciekawszy. niekiedy dochodzę do miejsca, które rozgrzebuję godzinami dniami latami. jak patyczkiem na plaży maluję okręgi. tworzę spiralę i rysuję jej koniec. w mojej wyobraźni spirala zawsze ma koniec. w prawdziwym życiu jest nieskończenie długa. dlatego już tak bez końca, overnover, będę "na przemian blizną i raną". krwawą kaszanką. zwyczajnym podrobem swoich własnych niezwyczajnych blizn.

1.08.2011

pan klapek rozmyśla o szaleństwie

notuje w pamięci wszystkie guzy i siniaki, którymi boleśnie odgradzał się od życia. myśli o samotności, w której zatopiony jest jak śliwka w kompocie. wspomina lukrecjowe szczęście, którym czasem pachną jego myśli. są czarne i chętnie się do nich wraca. i nagle palce mu sztywnieją, oczy wilgotnieją, a ciało rozbija się o dno, jak niefortunny skok do wody. pęka kręgosłup i serce. a ciało unosi się na powierzchni, kołysane w rytmie wody, która umie śpiewać, kiedy duch umiera.

pan klapek nigdy nie zapomina o rzeczach, o które się potyka, ani o ludziach, przez których się przewraca. fucking-jego-mać, że znowu nie potrafi utrzymać się na dnie, tylko wypływa na powierzchnię i dryfuje. leży, taki bezwładny i czeka, aż syrenka ariel, wyrzuci go na brzeg, żeby mógł nabić się na pierwszy lepszy wystający pal. ale syrenka ariel nie istnieje. ani dzisiaj, ani jutro. aniwogle. "to są brednie, wielkie brednie" pana klapka o wielkim niczym, które nachodzi go, kiedy nie śpi. wylatuje wtedy poza rozum do głowy i myśli, że taki stan można utrzymać. nie powinieneś winić pana klapka za to, że jest głupi. ale za to, że na własnie życzenie wciąż unosi się na wodzie. i nie potrafi opaść. z sił.