notuje w pamięci wszystkie guzy i siniaki, którymi boleśnie odgradzał się od życia. myśli o samotności, w której zatopiony jest jak śliwka w kompocie. wspomina lukrecjowe szczęście, którym czasem pachną jego myśli. są czarne i chętnie się do nich wraca. i nagle palce mu sztywnieją, oczy wilgotnieją, a ciało rozbija się o dno, jak niefortunny skok do wody. pęka kręgosłup i serce. a ciało unosi się na powierzchni, kołysane w rytmie wody, która umie śpiewać, kiedy duch umiera.
pan klapek nigdy nie zapomina o rzeczach, o które się potyka, ani o ludziach, przez których się przewraca. fucking-jego-mać, że znowu nie potrafi utrzymać się na dnie, tylko wypływa na powierzchnię i dryfuje. leży, taki bezwładny i czeka, aż syrenka ariel, wyrzuci go na brzeg, żeby mógł nabić się na pierwszy lepszy wystający pal. ale syrenka ariel nie istnieje. ani dzisiaj, ani jutro. aniwogle. "to są brednie, wielkie brednie" pana klapka o wielkim niczym, które nachodzi go, kiedy nie śpi. wylatuje wtedy poza rozum do głowy i myśli, że taki stan można utrzymać. nie powinieneś winić pana klapka za to, że jest głupi. ale za to, że na własnie życzenie wciąż unosi się na wodzie. i nie potrafi opaść. z sił.