31.10.2011
jezus walczy z dynią
kościół walczy z halloween od dawna. katechetki straszą dzieci, mówiąc: "halloween to zło". te sprawniejsze językowo zmieniają nazwę na "hollywins". a dzisiejszy apel arcybiskupa przeszedł już wszystkie racice rozsądku, kiedy w orędziu do narodu ogłosił on: dzizus walczy z dynią. nie wiem na jakim kanale to pójdzie, ale oglądalność ma być wysoka. żeby walka była równa, dzizus wyrzeknie się swego prawa do zmartwychwstania, a dynia szatana. oboje mają stać się zwykłym warzywem. dzizus podobno nie chce już być chlebem. zakłady bukmacherskie ruszyły. dzisiejsza kolekta przeznaczona jest na pokrycie kosztów ryzyka. dynia może uzdrowić opętanego.
30.10.2011
bez tytułu. li-ście.
ciekawy dziś dzień. wycieczka z rodzicielami do sanktuarium maryjnego w piekarach. rodzinno-religijny, choć nie wszyscy religijni. właściwie, to tylko jedno niereligijne. niemniej, była jesień. były liście. można było podrzucić je do nieba i patrzeć jak metafizyka rozlewa się czerwienią i żółcią na włosach i ramionach. bo dla mnie w tych liściach więcej wzniosłości, niż w tych wszystkich kapliczkach odrapanych. z leżącym pośrodku dżizusem. potem obiad w domu pielgrzyma. pierogi kawa kołocz. i kolejna meta.fizyka: staruszek siedzący w kącie, zjada kluski z sosem. podchodzi kelner, staruszek płaci za kluski: 4 zł 50 gr. wstaje, wychodzi. smutek na krześle rośnie.
a tak nam metafizyka opadała na głowy:
było co zbierać.
a tak nam metafizyka opadała na głowy:
było co zbierać.
"język jest zaprzedany zmysłowi dotyku"
godzina więcej od czasu. dana. później odebrana. i tak w kotle macieja.
przywiozłam wczoraj od kashianki miłosza. prawie wszystkie wiersze. w rękach mi pękają strony. właśnie tomik się rozkleił na wierszu Czytając japońskiego poetę Issa:
"Wiedzieć i nie mówić:
tak się zapomina.
Co jest wymówione wzmacnia się.
Co nie jest wymówione zmierza do nieistnienia."
pięknie to napisał. "wymówione wzmacnia się". nie zawsze na dobre. rzecz jasna. niemniej, ja również dziś bronić będę potęgi języka. niech słowo, a nie dotyk - przemówi dziś głośniej.
przywiozłam wczoraj od kashianki miłosza. prawie wszystkie wiersze. w rękach mi pękają strony. właśnie tomik się rozkleił na wierszu Czytając japońskiego poetę Issa:
"Wiedzieć i nie mówić:
tak się zapomina.
Co jest wymówione wzmacnia się.
Co nie jest wymówione zmierza do nieistnienia."
pięknie to napisał. "wymówione wzmacnia się". nie zawsze na dobre. rzecz jasna. niemniej, ja również dziś bronić będę potęgi języka. niech słowo, a nie dotyk - przemówi dziś głośniej.
29.10.2011
bez tytułu. czas nas uczy niewygody.
nie potrafię odgonić napierających na mnie złóż czasu. składają się na mnie jak foldery turystyczne miejsc, do których nigdy nie pojadę. czekające wiązki szans, wydają się bardziej odległe niż wcześniej. potrzebne są zrywy. targi. szamoty. od teraz. od zaraz. wczoraj uderzyło mnie to pięścią w twarz. zwykle kopie mnie w kostkę. szturcha w rękę. często nie zauważam. częściej przemilczam. ale dziś mam śliwę pod okiem. wpadłam z nią w kompot, który sama sobie nawarzyłam. zaduszam się nad zmarłymi, równie płomiennie jak zaduszam się nad sobą. jest to przeżycie bardzo oczyszczające. oby tylko mnie nie przeczyściło.cii.
ło.
ło.
27.10.2011
24.10.2011
bez tytułu. kurtyna nie opada.
odkrywam w sobie pokłady nowego zrozumienia. kiedy ja przestaje trzepotać rzęsami i prosić o uwagę, ale ściąga maskę, staje w kącie i milczy. przywiązani jesteśmy do ludzi siecią grubości włosa. tak łatwo jest ją zerwać, odwrócić się i odejść. co poniektórzy dochodzą do perfekcji. odchodzą, ciągnąc za sobą całą sieć, nie niszcząc utkanych powiązań*. a przecież w relacji z drugim człowiekiem, obok samej relacji i obok samego siebie - stoi ten drugi. ważny. ze swoimi lękami. ze swoim bólem. kruchy. poraniony. "to wywołuje we mnie BÓL", mówi. patrzę na niego słabego, pokrzywdzonego i po raz pierwszy w życiu go widzę. są pytania, których się nie zadaje. są zdania, które istnieją tylko niewypowiedziane. są emocje, których nie trzeba nazywać. jest człowiek, który myśli i czuje. "na brzegu czarnego / morza"**
*niejasny wiersz, t. różewicz.
**dialog, t. różewicz
23.10.2011
bez tytułu. sztuka duka
tortura goni torturę. po bitwie warszawskiej przyszła pora na spektakl teatralny kaskada. teatr z łodzi przyjechał i wystawił. się. na pośmiewisko. choć niektórym się podobało. szkoda, że potrafili powiedzieć dlaczego. mnie się podobało tylko to, że nie musiałam płacić za bilet, acz.kolwiek. straconego czasu już nie odzyskam. pan, który siedział dwa miejsca obok mnie, chrapnął sobie dwa razy, w tym raz wyjątkowo głośno. pomyślałam sobie, jakie to szczęście tak sobie chrapać, kiedy cała reszta udaje, że ogląda. a tak naprawdę pomstuje, wznosząc niecenzuralne myśli do wiszącego nad nami, jak gilotyna żyrandola. właściwie żyrandol przypominał średniowieczną obcinaczkę do uszu. nakładano ją na głowę, a uszy same spadały. nie powiem, żeby nie była to zachęcająca wizja podczas przedstawienia kaskada, równie banalnego i płytkiego, jak nasza superprodukcja filmowa 3D (do-do dópy). ale bitwa się zwróci. szkoły przyjdą. straty moralne się nie liczą. a co z kaskadą? na całe jej szczęście jest przyjezdna. pozostaje mieć nadzieję, że już nigdzie nie dojedzie.
22.10.2011
w pułapce
pamięci. ja stało się siecią, do której wpadły minione chcenia i wspomnienia. siecią z małymi zamkniętymi oczkami, przez które smutek nie wydostaje się na zewnątrz. gromadzi się w środku. jeden nad drugim. trzeci obok czwartego. nawarstwia i zarasta. się. to wielka szkoda dla ja. jest przecież taka piękna nasza jesień. ze złotym słońcem na srebrnych pajęczych włosach. chce się cieszyć. chce się być. chce się. a nie może. jakie to zabawne. o mój boże, ula.la.
21.10.2011
japęka
ja rozpina się łokciami na podłodze. lżejsze o dwie warstwy skóry, przenika do drewna. pęka. za dużo wewnętrznych naprężeń. bezpośrednio uszkodzone, ja splata swoje życie z życiem drewna. duża sękatość, atrakcyjna dla dekoratorów wnętrz, dla ja jest tylko kolejną wadą. ja obserwuje madonnę z dzieciątkiem w koronie z podków, wkłada głowę do imadła i czeka, aż sztuka wyczaruje się sama. dzisiaj jednak nie jest łaskawa. głowa spada, obija się o świńskie koryto. ja nie jest madonną, więc upada tuż obok. leży. wykrzywia diabelską gębę i łudzi się, że można z demonem wytrzymać. nie można. wchodzi do dziupli. kwili. a sztuka, jaka była, taka jest
17.10.2011
miało być o akwarelach
turnera, ale będzie na razie o związkach, bo oczywiście wczesno-popołudniową porą dokarmiam swój mózg artykułami z życia gwiazd, żeby nie wypadł z obiegu i nie stał się za bardzo logiczny, sterylny i pretensjonalny. bo co tu dużo mówić, jedni lubią gry komputerowe, inni rozwiązują krzyżówki, a ja czasem skrobie zwojem mózgowym po celebryckim lajfie. i tak sobie czytam, jak więckiewicz rozprawia o życiu [tutaj sobie rozprawia]. oczywiście marketingowo. czyni to. gdyby jednak wszystkie nasze gwiazdki lansowały się równie mądrze i wrażliwie, to ja bym była pierwsza do prenumeraty "party" i "vivy". poza tym, od czasu do czasu lubię sobie watą cukrową wypchać mózg. najlepiej różową, żeby było bardziej słodko i niezdrowo. zresztą, prawą półkulę mam większą i niekształtną, więc więcej papy wejdzie. więckiewicz mówi, że nie wierzy w idealne związki. to oczywiście banalne jak kaszka z bananem. ale zaraz potem dodaje [a ja parafrazuję], że stały związek jest gwarantem poznania siebie samego. że zmienianie partnerów stawia nas ciągle w przedbiegach i wyklucza jakikolwiek postęp. to tak jakbyśmy chcieli zaczynać i kończyć książkę na pierwszym rozdziale. i tu więckiewicz mówi: "Mam poczucie, że im głębiej wchodzimy w kogoś, tym głębiej wchodzimy w siebie, więc to interesujące, że ta konfrontacja działa pozytywnie na jedną i na drugą stronę". motyle w brzuchu i odbycie są oczywiście ciekawe. cielesne wygibasy na kanapie i klozecie - również. ale nic, absolutnie nic, nie zastąpi głębokiej czułości i wrażliwego zrozumienia, kiedy poznając jego - poznaję siebie.
14.10.2011
"Nigdy nie wierz żadnej myśli, która ci przychodzi do głowy, gdy siedzisz. Dobre myśli pochodzą z mięśni" (F. Nietzsche)
od zawsze zastanawiam się, jak pisać miłości. lubię myśleć o tym, jak o niej (nie)pisać. sama nie próbuję. parę razy spróbowałam, za każdym nie wyszło. dzisiaj przeczytałam wiersz emily dickinson i refleksje wróciły. profesor sławek pięknie o nim mówi [tutaj sobie mówi o nim]. mówi, że niekiedy warto mieć życie "nieudane" - ponieść klęskę w ramach tak zwanego ustalonego schematu: kariera, sukces, dom, rodzina. ludzie coraz częściej zapominają o sobie, o swoich marzeniach i pragnieniach, chcąc desperacko wpasować się w parszywy sremat, w który każą im wierzyć. a przecież najpiękniejsze istnienie mieści się w myślniku. w niepokoju. w niedopowiedzianym. profesor sławek mówi: "powinniśmy przestać wreszcie mieć nadmierne pretensje". i trafia tymi słowami w cudowne sedno. bo jeśli miłość się trafia, niech będzie dodatkiem do codziennej krzątaniny, w której niech znajdzie się miejsce i na niepewność, napięcie i niepokój.
a wiersz, który tak poruszył profesora, to:
Miłość jest wszystkim, co istnieje -
To wszystko, co o niej wiemy;
Wystarczy - ciężar wozu musi
Stosowny być do kolein
a wiersz, który tak poruszył profesora, to:
Miłość jest wszystkim, co istnieje -
To wszystko, co o niej wiemy;
Wystarczy - ciężar wozu musi
Stosowny być do kolein
13.10.2011
moje pierwsze
kwiaty w dniu edukacji. narodowej. to chyba nie jest normalne tak cieszyć się i skakać z powodu posiadania dwudziestu-dziewięciu głów.
8.10.2011
bez tytułu.
pierwszy raz od nie pamiętam jak długiego czasu, usiadałam sobie z herbatą, żeby poczytać gazetę. kupiłam bukiet żółtych róż, które uśmiechają się do mnie z parapetu. włączyłam ścieżkę dźwiękową z megatotal dobrego filmu "drive" i czytam o różewiczu. zwykle zaczynam od działu kultura. no chyba, że są nekrologi i horoskopy. wtedy nie marnuję czasu, tylko zaraz sięgam ziemi i gwiazd. oczywiście nie mogę się powstrzymać i zaraz coś kreślę i podkreślam. i zastanawiam się jak to jęzorem przemielić, przeszyć i przetasować.
szumy zlepy ciągi
czyli komunikacja między kobietą (taką-jak-ja) a mężczyzną (innym-niż-ja). kobieta (taka-jak-ja) mówi pozasłowiem. ciałem. pełna emocji, rozżarzonych treści, wszystko odbiera personalnie. trafić do niej można, idąc po linii największego oporu. takich dni jest dużo. kiedy zawieszona w niepewności, odgarnia szumy, zlepia w ciągi, często nieskładne, pogmatwane, pozbawione racji i rozsądku. inny-niż-ja musi starać się podwójnie, potrójnie. stawać na głowie. walczyć z bestią, założyć wędzidło, zmusić do posłuszeństwa. ale przecież nie ma powodu, by brać udział w tej walce. dlaczego mozolnie przebijać się przez grubą warstwą toksycznych humorów, wciąż przekonywać, powtarzać, uczyć, że tak się nie rozmawia. że nie można na serio, tego co na zabawne. że nie można na siłę, tego co na czas. kobieta-taka-jak-ja żyje samotnie na wzgórzu focha. nie ma warkocza, który mogłaby spuścić na ziemię. wygląda przez okno i patrzy jak gęsi układają się w klucz. lecą - dumne, wsparte na sobie, złączone poczuciem bliskości i wspólnoty. podążając gęsim instynktem, kobieta-taka-jak-ja powinna trzymać się ludzi, którzy zmierzają w tę samą stronę, co ona. niestety, kobieta-krowa nie potrafi latać.
7.10.2011
ja nie wie co napisać
takie jest zadowolone pewne. objedzone i opite, po raz pierwszy stoi i się nie rusza.
nie biegnie i nie planuje, no może z wyjątkiem małego wyjazdu, na które od dawna chciałoby wyjechać. i zupełnie przestać być. rozmyć się na drobne. rozkruszyć na przeszczęśliwie. leniwie. ckliwie. jak pączek w oliwie sobie trwać.
nie biegnie i nie planuje, no może z wyjątkiem małego wyjazdu, na które od dawna chciałoby wyjechać. i zupełnie przestać być. rozmyć się na drobne. rozkruszyć na przeszczęśliwie. leniwie. ckliwie. jak pączek w oliwie sobie trwać.
5.10.2011
ja ustawia się do zdjęcia
z krzyża.
jutro wielki czwartek, a pączków nie będzie. co najwyżej jedna wielka mar-mo-la-da. la-di-da la-di-da
jutro wielki czwartek, a pączków nie będzie. co najwyżej jedna wielka mar-mo-la-da. la-di-da la-di-da
4.10.2011
bez tytułu. ja.
ja wyraźnie źle znosi poziomy rosnącego napięcia. siedzi w kącie i kopie kolanami w sufit. nie wiem, o co je chodzi. przecież niebo się nie zawaliło. jeszcze możemy iść do nieba. dwójkami. z karabinami. zabić trochę gołębi i wrócić, po drabinie z włosów mlecznych. ale nie. ja siedzi i kopie w sufit, czerwony już od tych razów. czuję, jak podłoga mi się trzęsie od tych kopnięć. zaraz przyjdą sąsiedzi sprawdzić, czy czegoś przypadkiem nie ukrywam. przyjdą i będą ględzić. że im się trzęsie. że nie mogą na telewizję patrzeć. że im porcelanowe zło na ziemie spada i słonie łamią trąby. przyjdą i będą węszyć. wepchają swoje długie zaropiałe nochale w każdy mój czysty kąt i zainfekują powietrze. przyjdą i tak staną. i wyczują, że oddycham za drzwiami. i będę musiała im otworzyć (drzwi). i się na nich patrzyć. i nawet będę musiała odpowiedzieć, jak się zapytają, czemu się trzęsie. zejdę na dół i kopne mu w staw prosty. i go wykrzywię. kość piszczelowa będzie piszczała, aż ja przestanie się wiercić. i w końcu wróci siebie. a później z płaczem wróci do mnie. a ja go przygarnę. takie małe rozszczepione niepewne. byle do czwartku.
3.10.2011
bez tytułu. ja nie wie, co o sobie myśleć
ja siedzi i ja się zastanawia. fałszywy monolit czy prawdziwy rozpad? ja zamyka oczy i wchodzi do dziupli. leży na szyszce przykryte korą. chciałoby polecieć. ale podcięli mu skrzydła. w dziupli jest ciasno ciemno i cicho. ja jest zadowolone, ale nie jest szczęśliwe. wciąż pragnąc jedności, we fragmentach ukryte. fałszywy monolit czy prawdziwy rozpad? wszystko przemawia za prostą prawdą bólu. tylko po co kroczyć za wszystko. skoro można poleżeć na szyszce i udawać, że się leci. ja nie wie, co o sobie myśleć
1.10.2011
autoprezentacja
męczę-ę się męczę-ę nad swoim profilem prawym i lewym. nie wiem z której strony złapać za gęsie pióro, a z której piórem gęsim złapać za siebie. za ścianą gromkie automoto. bo rodzic cierpi na ubytki słuchowe. a tutaj automęki. bo ja cierpi na ubytki wszelakowe. ja jest dzisiaj bardzo niepozbierane. kopnę w brzuch to się uspokoi. na chwilę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




