31.05.2011
filozof z filozofem nie wytrzyma
myśl rodziciela świdruje zwoje. co tu dużo gadać. najpierw trzeba z/ze sobą wytrzymać. ot ci, tani intelektualizm.
pan klapek i figura verborum
pan klapek od pewnego czasu słabo znosi fakt, że jest tylko i wyłącznie figurą verborum, czyli figurą słów. tak naprawdę pan klapek inpisruje (aspiruje?) do figury rerum, czyli rzeczywistości, ale brak mu samo-polotu, żeby się tam dostać. poprzez swoją wymyśloną twarz i zmyśloną osobowość nigdy nie będzie mógł stać się czymś (kimś?) więcej niż tylko chwytem. tropem. fałszywym. bo przecież wielce niesłusznie byłoby przyznać się do pana klapka, skoro sam pan klapek nie przyznaje się do siebie. pan klapek staje się chwytem nieroztrzygalnym. formą shtooki przez kradzież. no bo "każdy, kto kocha, chcąc nie chcąc, cytuje. I tyle o jeżach"*. a pan klapek drapie się po samogłoskach, kisząc się w alfabecie.
*n. goerke, jeże [w:] księga pasztetów
*n. goerke, jeże [w:] księga pasztetów
30.05.2011
29.05.2011
pan klapek rozważa pewną myśl
"dobrze jest budować na solidnych gruzach", mówi lexis, a pan klapek podziwia zręczność i metafizyczność tej frazy. w roku miłosza pan klapek jest bardzo intelektualny. nie przegapi okazji do snucia najsłabszych choćby przemyśleń. ale dzisiejsze przemyślenia nie są słabe. powiem więcej: są dość solidne. pan klapek często budował swoje życiowe baraki na gruzach, dlatego teraz pije poranną kawę, czyta o kolejnych śmiertelnych ofiarach tornada i przeszukuje ruiny własnych wspomnień w poszukiwaniu kilku niezniszczonych fragmentów. po wielkiej burzy zawsze jest wielkie sprzątanie. "a ty leżysz na schodach i widzisz tyle co martwa mrówka / to znaczy czarne słońce o złamanych promieniach".
27.05.2011
pan klapek zachwyca się pogodą za oknem
garbatym niebem i mleczną parnością. jak ryba wyciągnięta z wody, łapczywie połyka majową gęstość powietrza, które pomimo solidnej zawiesiny jest lekko chłodne, ożywcze. skropione małym wiatrem. pan klapek przemierza znajomą ulicę i rozważa dramat wpisany w pofałdowane odcienie granatu. "this is your life", myśli pan klapek zupełnie poważnie, rozważając sens życia. "do what you love", nachodzą go kolejne wzniosłe przemyślenia, "and do it often", dodaje pomrukując. "if you don't like something, change it", o tak, pan klapek jest dzisiaj wzniosłym intelektualistą. "if you are looking for the love of your life, stop. they will be waiting for you when you start doing things you love" - nachodzą go kolejne wariacje. w swoich przemyśleniach pan klapek przechodzi dziś samego siebie i panią sąsiadkę zza okna z pelargoniami. też. "live is short", konkluduje, "so go out and start creating". i tak też zrobił.
23.05.2011
jeśli coś nas może jeszcze zaskoczyć
to powaga z jaką wieża eiffla odpędza od siebie, krążące wokół czarne kruki i wrony. ubrana w koronki, migotliwa, piękna jak panna młoda, dumna jak paryska oblubienica, wita wygłodniałych jej widokiem turystów. całkowity zachwyt jest jednak niemożliwy. czekające u jej podnóży watahy czarnych wilków, pożerają wzrokiem, atakują łamaną angielszczyzną, zagłuszając brudnym szumem milczącą wyniosłość.
15.05.2011
pan klapek szuka przyjaźni na siłę
jeśli kiedykolwiek szukałeś przyjaźni na siłę, to wiesz dokładnie w jakich tarapatach jest teraz pan klapek. właściwie trzeba dookreślić, że pan klapek nie szuka przyjaźni na siłę, ale stara się na siłę podtrzymać to coś, co wydaje mu się przyjaźnią. ja wiem, że ty wiesz, że pan klapek nie powinien tego robić, ale ponieważ pan klapek jest człowiekiem wielkiej wiary. w ludzi. i wielkiego serca (o innych wielkich rzeczach przy innej okazji), to za wszelką cenę stara się pomóc. i za każdym razem, będąc odrzuconym, bije się w pierś swą wątłą i krzyczy przejmującym falsetem "why, oh why". w domyśle chodzi mu oczywiście "why oh why jestem taki stupid". choroba na którą cierpi pan klapek, jeszcze nie została zdiagnozowana, ale do najczęstszych objawów należą natręctwo i potrzeba uszczęśliwiania na siłę, które prowadzą do krwotoku wyrzutów sumienia i tej myśli (najbardziej bolesnej): że być może ktoś zamknął za panem klapkiem drzwi. na zawsze.
13.05.2011
11.05.2011
pan klapek słucha brahmsa
pan klapek słucha dzisiaj muzyki poważnej. ma nadzieję, że doda mu to powagi. myli się. klapki nigdy nie były i nie będą poważne. ale takie requiem [takie o] na przykład to coś innego, myśli pan klapek. wielki wspaniały trzeci be. zaraz po bachu i beethovenie. brahams. pan klapek szuka szpera wertuje. ma. [[tutaj]. cudowny simon rattle. pan klapek nigdy nie będzie pisany przez duże ka. zamiast podziwiać rattle'a, zachwyca się jego młodą żoną. pan klapek szybko liczy: 1955 -1973. 17. nie. 18. zawsze dobrze liczył. o osiemnaście lat młodsza. "ładna czaszka", myśli. toznaczy ładna czeszka. pan klapek zjada litery. niekiedy słowa. zdania, sens. śpiewaczka. magdalena.


tak sobie siedzą na sofie na trawie. a tutaj:

na tej samej sofie, ale nie na trawie. "to bardzo ciekawe", myśli pan klapek, który od dziecka wykazywał zainteresowanie architekturą wnętrz i ogrodów. zawsze też wolał placki węgierskie od węgierskich tańców. i dlatego często myli się i klika na pudelka, niż na arvo pärta. dzisiaj na przykład pan klapek udaje, że słucha brahmsa. pojutro poudaje, że miał naprawdę ciekawy dzień. pojutrze przeprosi za przejęzyczenia.
9.05.2011
pan klapek i stres
pan klapek dobrze sobie radzi ze stresem. gorzej radzi sobie najbliższe otoczenie pana klapka, które dzień po dniu zarzucane jest "nieuzasadnioną skargą do". w tym miesiącu pan klapek przeżywa istne katusze. katują go inni. katuje też sam siebie. ma nadzieje, że katorga skończy się wraz z końcem miesiąca czerwca, kiedy to już bzy przestaną kwitnąć, a róże zaczną stroszyć kolce. pan klapek czuje się teraz bardzo pobudzony. zdarzenia całkowicie niezależne od niego zaczynają właśnie wydawać owoce. pan klapek postanowił poszukać wiklinowego koszyczka, żeby włożyć je ładnie do środka.
8.05.2011
pan klapek. budzi się.
pan klapek siedzi i słucha garbarka. parę razy w życiu mu się nie udało, więc teraz siedzi i słucha i zamiast słuchać, rozpamiętuje to, co zdarzyło się. wtedy. pan klapek nie umie słuchać muzyki. oszukuje i mówi, że umie. pan klapek jest dobrym człowiekiem. brakuje mu przyjaciół, ale to tylko dlatego, że trudno przedostać się przez jego szorstką powierzchowność i cyniczną maskę. pan klapek umie kochać ludzi. od pewnego czasu, coraz częściej czuje, że potrzeba kochania wyprzedza potrzebę myślenia. pan klapek chciałby spotkać miłą dziewczynę, niekoniecznie z sąsiedztwa i pokazać jej swoją kolekcję kapsli. z tymbarka. pan klapek tylko raz w życiu był zakochany. i źle się skończyło. wyjechała z murzynem do stanów, bo podobała jej się kość ogonowa, którą nefilin (aż trudno uwierzyć, że to prawdziwie imię) nosił na szyi. pamiątka plemienna (nefilin był murzynem). teraz pan klapek jest ostrożny w miłości. nie zakochuje się i basta. a nawet jeśli przydarzy mu się ta zaraza (tak mówi), to dusi ją w zarodku. trzyma tak długo pod przykryciem, aż wyzionie ducha. "duchu miłości - giń". mruczy wtedy pod nosem, bo przecież nie krzyczy. pan klapek rzadko podnosi głos. nawet wtedy, kiedy już tak bardzo go nosi, że unieść tego nie może, dzielnie to znosi. kiedy był dzieckiem wołali na niego "zosia". ale nie dlatego, że tak dzielnie życie znosił, kiedy chłopcy z 2d rzucali w niego kapslami, kamykami i kaszą (na stołówce codziennie jęczmienną), ale dlatego, że miał długie kręcone włosy i raz na szkolnym przedstawieniu zatańczył poloneza do zosi cyganeczki. tak naprawdę nie było to przedstawienie tylko jednoosobowy występ, w którym pan klapek udzielił się tanecznie i wokalnie z całą swoją chłopięco-dziewczęcą pasją, dzieląc upodobania muzyczne ze swoją, już świętej pamięci, wychowawczynią helą. panią od muzyki. "ta piosenka przypomina mi dzieciństwo", mówiła pani hela, kiedy młody klapek wkuwał na pamięć nutę za nutą. dziś pan klapek jest już dojrzałym klapkiem i nikt nie woła na niego zosia. nikt też do niego nie pisze i nie dzwoni. ale to pana klapka nie dziwi i nie smuci. dokonał w życiu wyborów, które - ciągle ma nadzieje - okażą się słuszne.
wielki szu
okazało się, że mr. shoe, nie jest zwykłym klapkiem, ale prawdziwym rasowym wielkim szu. dlatego zdecydowałam się napisać słowo korekty do poprzedniego wpisu. mr. shoe wcale nie siedzi w domu z gęsim piórem w ręce i nie tatuuje sobie imienia rysi na łydce, ale wycina żyletką odciski na piętach, a zaschniętymi kawałki skóry strzela w gołębie. jestem bardzo niesprawiedliwa w ocenie ludzi. tych nędznych uwielbiam, a tych prawdziwych nie dostrzegam. ale to wszystko przez przenoszone już miesiąc soczewki. zniekształcają obraz.
a rysia usilnie stara się przecierać moje źrenice. "to naprawdę spoko młody chłopak jest. czyta, rozwija się... pracuje. jest samodzielny. a ma lat mało bardzo i za to go szanuje". rysia zawsze miała wysoko rozwinięte poczucie szacunku. dlatego kocha siebie. i mnie. a reszta nas już nie obchodzi.
a rysia usilnie stara się przecierać moje źrenice. "to naprawdę spoko młody chłopak jest. czyta, rozwija się... pracuje. jest samodzielny. a ma lat mało bardzo i za to go szanuje". rysia zawsze miała wysoko rozwinięte poczucie szacunku. dlatego kocha siebie. i mnie. a reszta nas już nie obchodzi.
7.05.2011
bez tytułu. wymyślam.
"Nie żywię nienawiści do pojęć odmiennych od moich:
nie mam tego w charakterze, aby mnie gniewało,
gdy spotkam się z różnicą w zdaniach, i abym nie mógł ścierpieć towarzystwa ludzi,
dlatego iż myślą i rozumują odmiennie niż ja.
Przeciwnie (jako iż rozmaitość jest najzwyczajniejszą z dróg,
jakie obrała przyroda, a bardziej jeszcze w duchach niż w ciałach,
ile że są substancji bardziej gibkiej i podatnej różnym postaciom),
raczej znajduję to bardziej osobliwym, gdy się trafi na zgodność w usposobieniach i zamiarach.
I nigdy nie było w świecie dwóch mniemań jednakie i,
tak samo jak dwóch włosków i dwóch ziarn;
najpowszechniejszą ich cnotą jest odmienność"
Michel de Montaigne, Próby, Księga druga. Do pani de Duras
(przełożył Tadeusz Żeleński−Boy)
często zarzucają mi, że nie umiem przyjąć krytyki. tak często, że zaczęłam to sobie sama zarzucać. a przecież nie o to chodzi, że nie lubię, kiedy ktoś się ze mną nie zgadza, bo przecież tylko tarcie wywołuje ruch. nic nie działa na mnie tak pobudzająco, jak interesująca wymiana odmiennych zdań. burzę się wtedy straszliwie. pieklę i rzucam na wszystkie strony. ale nic mnie tak nie ekscytuje jak żywa dyskusja na pograniczu wściekłości i obrazy. źrenice powiększają się trzykrotnie, ślina kapie na stół, a usta są tak gorące, że słowa uciekają jak poparzone. tego zawsze będę w życiu szukać. wysiłków myśli. poparzonej pasji.
mr. shoe
uroda ludzka nie zna granic. rysia ma adoratora, który aparycją nie różni się od ściany i jest równie pociągający jak kawałek zwisającego tynku. pan klapek charakteryzuje się jednak dobrym gustem muzycznym i ponadprzeciętnym intelektualnym obyciem. niestety, jak to klapek, brak mu pazura. taki laciek, papuć który nie zasługuje nawet na bycie mr. shoe, co najwyżej panem butem. pan but dobrze go określa. solidna konstrukcja, praktyczna, twarde brzmienie - ale niestety na tym cała jego twardość się kończy. to smutne. bo mr. shoe - ze swoimi loczkami przypominajacymi czułki obcego, okularkami zawijającymi się za uszami w kłębek - nie jest wokulskim z lalki, ale lalką rysi, która wyciąga go z pudełeczka, tylko wtedy, kiedy chce porozmawiać o czymś, co nie przypomina hamburgerów z budki z piwem. jego twarz może mówić: mielony z buraczkami, ale jego dusza woła: przestworza oceanu!. Cały ambaras niestety w tym, że jego ciało niestety nigdy nie zawoła: udziec z dzika, co najwyżej: "mucha na dziko". i właśnie w tym momencie, kiedy chciałam skończyć swoją opowieść jeszcze bardziej ciekawą kulinarną puentą, rysia krzyczy: "daj mu spokój, dobry chłopak, młody jeszcze nie zepsuty". och rysiu. problem w tym, że to nie ja mu daje spokój, tylko ty. nie chcesz mu pokazać swojego ogrodu, a w twoim ogrodzie smutek gości i długa zima (lubisz przecież rege). może zatem warto założyć klapki i pobuszować w zbożu. klapki jak wiadomo dobrze się noszą. a ten jest nowy, nieznoszony. czeka na swoje kopyto. "rysiu! bądź kopytem" - woła młody klapek w zaciszu swojego pokoju, w którym gęsim piórem tatuuje sobie twoje imię na brzuchu, bo rękę ma za chudą, a inne członki nie domagają. "rysiu! bądź kopytem".
6.05.2011
między innymi o dorszu i hondzie
*
czyli o tym, że w piątek jemy mięso, a hondzie brakuje lewych drzwi. wszystko w domyśle, bo i po co się rozpisywać, skoro i tak wszystko wiadomo.*
rysia ma brzydkiego adoratora
*
ja się zacietrzewiam i ciągle muszę mieć rację
*
i jeszcze to, że dostałam jessóska w wielu postaciach. ale o tym później.
*
i może jeszcze o tym, że nie warto rozpamiętywać złych wyborów. i kochać się, kochać szalenie
*
i słabe to wszystko, oj słabe. "były lepsze". rysiu, ty pysiu przebrzydła.
*
i słabe to wszystko, oj słabe. "były lepsze". rysiu, ty pysiu przebrzydła.
5.05.2011
4.05.2011
para
wieczorem wyszłam dziś z samochodu w butach nie do pary. popołudniu z tynią popuściłyśmy zbyt dużo pary, bo związki skorpionic są burzliwe, ale nie niemożliwe. tynia z sercem na dłoni jest za dobrym przeciwnikiem :-)
3.05.2011
pogoda
potwierdza nasze (ludzkie) przywiązanie do schematów. trochę śniegu w maju i ogólne podniecenie z oburzeniem. ludzie specjalnie wyciągają aparaty, żeby pochwalić się grillem przyprószonym śniegiem. temat pogody wypływa zawsze przy okazji braku innych tematów. no i czemu tu się dziwić. jest niebo. to z nieba pada. a tu i ówdzie prasa ogłasza konkurs na zdjęcie śniegu za oknem. koleżanka kupiła rower i się żali, że nie może pojeździć. a ja jestem w pełni zadowolona, że niebo razem ze mną intensywnie udziela się w walce ze schematami. ale nie tylko takimi, żeby brać śluby w maju. ale na przykład, żeby można ich w ogóle nie brać i czuć się całkowicie szczęśliwym.
bez tytułu. udaję, że się motywuję
nic tak nie cieszy mnie z rana jak urwanie nieba. potężna masywna kratownica deszczu. cienkie pręty zimnego strumienia wprawiają mnie w cudownie radosny nastrój. zupełnie jakbym zjadła tabliczkę czekolady z czerwonym okienkiem, albo wyssała karmelowy likier z czekoladowej beczułki, która przybyła w pakecie z rajchu. dobry humor zawdzięczam temu, że od tygodnia mam tagzwanom robotę i potrzebuję naturalnej motywacji. a nic mnie tak naturalnie nie motywuje do pozostania w domu jak hektolitry deszczu i zimowy maj. na pewno zaraz mi się znudzi i poziom endorfin sięgnie dna, bo już nawet teraz - tak sobie myślę - mogłoby przestać padać...
1.05.2011
bezładne erupcje usamodzielniającego się ciała
helmuth plessner pisze o sytuacjach granicznych, nad którymi człowiek traci panowanie, a które kształtują go podmiotowo. pisze o płaczu i śmiechu. oto zjawiska typowo ludzkie, które alienują człowieka, sprawiają, że staje się obcy dla siebie, a ciało doświadcza swojej własnej egzystencji. wraz z kapitulacją cielesno-psychiczno-duchową, człowiek staje się osobą. w radościach i dramatach stajemy najbliżej siebie, paradoksalnie stojąc najdalej.
*
to było wcześniej, teraz bym tego nie napisała, ale ponieważ napisałam wcześniej, to już zostawię. bo odcięli mi internet i zostało w połowie myśli. reszta połowa poszła w sine migdały. co mi zależy. i tak nie mam lepszych słów na palcach.
*
no to pach.
*
to było wcześniej, teraz bym tego nie napisała, ale ponieważ napisałam wcześniej, to już zostawię. bo odcięli mi internet i zostało w połowie myśli. reszta połowa poszła w sine migdały. co mi zależy. i tak nie mam lepszych słów na palcach.
*
no to pach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)