31.07.2010

palindrom

zielona herbata prosto z chin. liście cienkie jak żyletki. atłasowe żyletki.
wczoraj film. "kochankowie z kręgu polarnego". dla mnie nudny i przeciętny. ale jak się okazuje, jestem w mniejszości. to nic. herbata z chin jest naprawdę pyszna i zupełnie-innie-zielona niż nasz polskie podroby. a moje imię, jego krótsza wersja, to palindrom i ma podobno znaczenie magiczne. przynosi szczęście. chyba raczej: raz czart - raz czar.

30.07.2010

westchnięcie

tak niedoceniana czynność. westchnięcie. łyk powietrza. robimy to codziennie. tysiąc razy dziennie. niekiedy tysiąc sto, czasem tysiąc dwieście. jesteśmy tak jak oddychamy. ja ostatnio jestem porwanym powietrzem. porąbanym oddechem. podrapanym wydechem. lecę na ostatnim dechu. i upadam. no oczywiście, przecież nie umiem latać. spadam, tam w prawym dolnym rogu mnie widać, nie - nie nogę. kropę powietrza.

27.07.2010

a sio, sielanka

trawę mi koszą za oknem. pachnie koszoną trawą. świdruje trawą, bo przedpotopowa maszynka do golenia trawy nie wyrywa z korzonkami. pewnie tego pana bolą korzonki i chce już do żonki, na poranne świdrowanie, ale nie - trawa nie skoszona, nie będzie sielanki. oj nie.

powiem wam coś o zachwycie: poranne rozmowy z mery i yerba na przeczyszczenie po wczorajszym hultajstwie. do tego trochę wulgarnej słownej przemocy i łapiesz balans, że życie to nie tylko stokrotki. jest jej źle, bo ma za dobrze. i taka prawda. innej prawdy nie ma.

26.07.2010

obżarstwo

właśnie ono przytrafiło się mi dzisiaj w swojej najboleśniejszej formie: total.
co za ironia, wczoraj głód, dziś jedzenie wylewa mi się uszami.
może to reakcja na stres. nie wiem. nie znam się na stresie.
może pobiegam jutro. a raczej na pewno nie.
być krową i żyć trawio. i żucio śnić.
i do tego z kimś tyć. tyć-tak.
moje ciągłe niedowierzanie. ot. czekanie. przyj.
dź.

głód

to tytuł filmu z serii: nie polecam nawet najgorszemu wrogowi.
apetyt był duży, żeby coś zobaczyć. niestety jak to się zawsze w takich chwilach dzieje, nie tylko układ pokarmowy nie został zaspokojony, ale i pudełeczko w mózgu z napisem kill-me-quickly-before-I-kill-myself otwarte na wszą oścież. i nie o to chodzi, że polityczne filmy są nudne, ani o to, że wszystko mi jedno, czy IRA walczy o niepodległość czy o kolejnego bezbarwnego wokalistę, rzecz ma się w tym, że life jest too short na dziewięćdziesięcio-minutową nudę z wątpliwie mocnym przekazem. debiut reżyserski Steve'a McQueena otwiera cykl Era Nudne Horyzonty Tournée i jest bezwątpienia katastrofą o wymiarze egzystencjalnym.

22.07.2010

stół z powyłamywawłymwanymi nogami

czasami muszę się dwa razy zastanowić, żeby popełnić ten sam błąd i czasami to w ogóle nie popłaca. czasami karmię koty więcej niż dwa razy dziennie i czasami mi się za to dostaje. czasami pokładam nadzieję w miejscach niedozwolonych, a czasami nie pokładam jej w ogóle. czasami mówię głupstwa i czasami tego nie żałuję. czasami skreślam ludzi, a czasami wykreślam ich i trochę mi żal. czasami słucham, jak ludzie do mnie mówią i czasami mnie to interesuje. czasami wiem, co będzie jutro, a czasami - jak dzisiaj - nie wiem. czasami lubię mieć wszystko w zasięgu ręki, a czasami na głowie. czasami wiem, co powiedzieć, a czasami czifu to wie. czasami skaczę sobie do gardła, a czasami robią to inni. czasami mówię, że mnie nie ma, a jestem. czasami wszystko jest do góry nogami.

19.07.2010

z serii: pelargonie kwitną, a mnie boli głowa

do każdego się mogę przyzwyczaić.
tylko po co?
skoro sama ze sobą się jeszcze nie oswoiłam.

17.07.2010

wczesnym popołudniem...

...hipnotyzująco-orzeźwiająca lemoniada
tutaj

kicha - czyli tradycyjne spojrzenia na świat

życie towarzyskie jest mało ciekawe. trzeba mieć szczęście, żeby trafić we właściwie progi - zwykle się go nie - ale i tak większość ludzi poleca to jako znakomitą formę spędzania wolnego czasu. tak sobie myślę, że moja yerba w tykwie jest o wiele ciekawsza, niż niektóre moje kontakty towarzyskie. i po co się tak męczyć? skoro ten przedłużacz, o który ciągle teraz trącam nogą, wydaje mi się znacznie bardziej pociągający, niż kazia, która kończy metalurgię, ale-w-ogóle-jej-się-nie-chce, czy pietrek, który wrócił z tajlandii, ale-tak-naprawdę-nie-ma-co-opowiadać. przedłużacz mogę sobie na przykład włączyć do prądu i podłączyć trójkątną lokówkę modelującą i zrobić się na busz - lepsze to, niż siedzieć w buszu i udawać wszemiwobec, że łupina orzecha jest lepsza niż ceramika ming.

15.07.2010

ciepło ciepło zimno

zjednoczona w upale polska jak zwykle podzielona: jednym dobrze, drugim źle, trzeci dopisują cimoszewskiego na karcie wyborczej.

13.07.2010

achy i echy

związki związki związki
jakieś mało w koło udane
tylko ja i mój kot jakoś trzymamy się razem
nikt inny nie chce jeść mi z ręki ;-]

upał

z braku laku - parę dźwięków (nawet niedzo adekwatnych, ale tylko niedzo) [tutaj]

11.07.2010

Człowiek Jaszczurka nieznoszący sprzeciwu

to, co działo się wczoraj, odcisnęło się fizycznie i psychicznie na moim potarganym upałami samopoczuciu. najpierw walka z konarami na kajakach, a wieczorem, prawdziwy ze skóry i języka: Człowiek Jaszczurka. ale po kolei.

zaczęło się upalanie jak zawsze i nie ma potrzeby, by ten wątek rozwijać. chłodnym akcentem dnia miał być rejs kajakiem po zabij-mnie-nie-wiem-jakiej-rzecze, poźniej gril i ogólnie super. grila nie było - bo był mecz. i wszyscy pędzili, żeby dopingować niebieskich, co nieliczni byli za czarnymi. m.in. później spotkany Człowiek Jaszczurka, który twierdził w swych znakomicie durnych wynurzeniach, że kibicuje zawsze tym, którzy lepiej grają i tym, którzy noszą ładniejsze koszulki, tzn. "kolory, które się sprawdzają", na przykład niebieski nie sprawdza się w każdej sytuacji, zielony może być czasami lepszy i dlatego Człowiek Jaszczurka kibicuje czarnym, bo mu się paseczki na koszulkach podobają. total odpał. ale o tym poźniej.

no więc kajaki. znakomite!. ja na dziobie, tynia z tyłu i heja do przodu. i dóp w konar, i ciól w drzewo, później w krzoki i tak jeszcze z trzy razy w prawo, a miało być w lewo, mielizna, dół, tyni wkurf i po piętnastu minutach byłyśmy dwa metry od brzegu, ale wciąż w łódce, tzn. w kajaku i wciąż suche, tzn. już nie długo. jak się wygrzebałyśmy z tego buszu, cośmy w niego wjechały, to nas trzy rekiny dopadły i zmoczyły nasze suche gacie i nasze suche fryzy i w ogóle make-up się trochę rozpuścił (nigdy nie wiesz, kiedy spotkasz prince'a). ale to nic. jak przystało na dwie princessy, twardo parłyśmy do przodu. i po dwóch godzinach rzeka już była nasza. upał był nieziemski i mogłśmy się trochę opalić, ale moja zbroja w postaci fliltracji nr 30 zapobiegła wszelkim bronzom na mojej skórze. za to było trochę czerwieni, bo komarzyska postanowiły atakakować nas w każdej wolnej chwili. tak więc moje bąble na skórze tworzą dziś naprawdę piękną konstelacje. rea-sumując: kajaki bomba. cisza i dzicz. total luz.

potem mecz, mały przerywnik na drodze do Człowieka Jaszczurki. mój ukochany urugwaj przegrał i mój przeboski forlan nie trafił, i w ogóle nie obchodzą mnie zdania, że to cipsko nie facet i że jego blond jest more blond niż blond dolly parton. dla mnie forlan rulez i nie ma dwóch zdań.

no ale ale... zbliżamy się mały kroczkami do jądra ziemi i człeka, który na stodwaprocenty rodzi się raz na milion świetlnych lat. tak więc jest godzina 23 i.... He's coming he's coming. He's here have no fear [tutaj]

dzizus have mersi, że takie istoty naprawdę zasiały się gdzieś na naszej planecie. Człowiek Jaszczurka, czyli -oj-zlituj-się-nade-mną-Sewerynie, żyje w świecie swojego małego absurdu, który po piątym, może szóstym piwie ochoczo przekazuje swoje natchnione wizje widowni. ci, którzy go znają, nie wdają się z nim w absolutnie żadne dysputy, bucząc tylko pod nosem: "o kórwa nie". lexis, najbardziej bojowo nastawiona wczoraj, odważanie zanurzyła się w tej krainie rozpaczy i nawet było ciekawie przez jakiś krótki czas, póki Kobieta O Bladej Twarzy, inkubator Człowieka Jaszczurki, nie wyczuła, że tak naprawdę nikogo nie interesuje co jej freak mówi, tylko każdy sobie polewkę struga, każdy to znaczy ja i lexis, bo reszta to naprawdę miała w dópie. co mnie zdziwiło, bo toż ile razy się trafia człowiekowi taki kąsek, taki freak show gratis. no jak się okazało bardzo często, gdyż Człowiek Jaszczura jest stałym klientem bramy i zawsze chętnie dzieli się swoimi poglądami, które najlepiej chyba spuentował punk waiter: "nie wiem o co ci chodzi stary, ale spoko". a oto kilka z nich, żeby nie było że zmyślam, w porządku zupełnie przypadkowym, ale przyznam się, że namber łan jest moim favourive!:

1. światem rządki wielka jaszczurka, która mieszka w jądrze ziemi.
2. własne mieszkanie to życie ponad stan i każdy powinien mieszkać z rodzicami
3. telewizję powinno się oglądać ze zrozumieniem, tzn. z dystansem
4. poglądy polityczne należy zmieniać parę razy dziennie, żeby nie zostać ślepym fanatykiem
5. komorowski nie ma nic do zaoferowania, ale kaczyński trochę do zaoferowania ma

jak sobie przypomnę resztę, to dopiszę - bo oj było tego shitu, było!

7.07.2010

wentyl niebezpieczeństwa

odkąd moja corsunia przez swoją małą nieuwagę (bo przecież nie moją) złapała gumę, to obchodzę ją codziennie jak pies i wącham czy jej powietrze nie uchodzi. za tym pierwszym razem to rodziciel zauważył, że jakaś trochę za miękka ta tylna opona, bo ja oczywiście to bym na tym kapciu pojechała i dopiero jakby iskry leciały, to bym się zorientowała, że jakoś chyba źle jedzie. no ale ad rem.

podkreślam raz jeszcze, że dzień w dzień, wyjazd przez wyjazdem, patrzyłam, sprawdzałam czy coś z corsuni nie wycieka. no i dziś, pech chciał, rodziciel wpadł na pomysł, żeby mi płynu do spryskiwaczy dolać, bo mu zostało, a ja na pewno nie mam, a nawet jeśli mam, to na pewno nie mam. no więc idziemy tego płynu nalać. lejemy lejemy. zakręcamy. zamykamy. i nagle rodziciel do mnie: "zaś na coś najechałaś". to sobie myślę, że przepraszam, jakie zaś. a po drugie sobie myślę, no że nie możliwe. przecież obchodzę, obwąchuję, sprawdzam, klepię idepe-itede. no ale niestety: empirycznie dowiedzione - nie ma powietrza. no to gam co tchu do moich mechaników od opon, modląc się, żeby na tych resztkach tlenu corsunia dała radę i nie zakrztusiła się na nie daj boże jakim skrzyżowaniu. oczywiście po drodze same czerwone światła i geriatryczne pary na pasach. no alem dojechała.
i
znów ten tunel wyrzeźbiony z dokładnością do milimetra, gdzie każdy dodatkowy ruch kierownicą kończy się rysą na blasze. po trudach i mękach pan młodszy mechanik bierze corsunie na warsztat. pan starszy mechanik konwersuje ze mną o życiu. "wentyl!"- dochodzi nas wrzask, a później wraz z głosem wyłania się chuderlawa postać majstra. "wentyl poszedł". uf, myślę sobie. nie moja wina. no wentyl poszedł. zawsze sobie może taki wentyl chcieć pójść. mój sobie wybrał środę, żeby sobie pójść. "mamy kaj nowy?", mówi pan młodszy mechanik do pana starszego mechanika, który odwraca się do mnie i z urokiem fachowca prycha: "my mamy nie mieć?!". no i mieli. wyciągnęli. założyli. jeszcze ciśnienie sprawdzili. łosiemnaście złotych skasowali i mogłam już z corsunią i nowym wentylkiem wrócić cuhałze, mając nadzieję, że ten nowy wentyl nie będzie chciał, tak szybko sobie od nas pójść.

6.07.2010

tryliard pomysłów na minutę

czyli jestem w paradise i dobrze mi z tym.

o, włos!

lżejsza o dwadzieścia centymetrów włosów.
"chce pani ogonek na pamiątkę", mówi do mnie.
pytam: czy chodzi jej o włosy, w przeciwnym razie biorę.
uśmiecha się i tnie brzytwą dalej.

5.07.2010

kot czyli fiasko

jak na prawdziwą kociarę przystało, postanowiłam zabrać chudosława do weterynarza, bo dostał dziwnych plamek na sierści, co zaniepokoiło zacną familję i wszyscy zgodnie przyznali, że nastał już czas. co prawda, w ogóle nie było to zgodne, tylko poleciało góbztfami na prawo i lewo, że kto to słyszał, żeby z dzikimi kotami do weta jeździć. no ale gdzieś tam w głębi każdy wiedział, że trzeba pojechać i po pół godzinnniej wymianie wątpliwych uprzejmowści - ustalono plan.

najpierw, żeby chudzika do worka włożyć, a jak nie wejdzie to, żeby mu nogi zawiązać, co by nie uciekł. oba sadystyczne pomysły wyszły spod słowa mojego rodziciela, który już nawet sznura zaczął szukać, ale w ostatniej chwili zostały odpowiednio skomentowane, rodziciel zrugany,a sznur nie doczekał się wyjęcia.

później wymyślono, żeby chudosława do torby włożyć, łebek mu wystawić i gnać co sił do weta. no ale łebek, a i owszem, wystawał, tzn. sam się wystawił, ale sekundę później wystawiła się i cała reszta. tak więc po trzykrotnej próbie z torbą i wielokrotnie podrapanych rękach zaprzestano.

nadzieja powoli dogorywała, ale jakiś płomień jescze nas ogrzewał, bo w końcu rodziciel wstał, poszedł do szopy, z pięć minut go nie było, postukał, powalił i wyszedł z dupą od kosiarki, tzn. z koszem. wyglądało to profesjonalnie, prawie jak nosidełko dla kota. tylko, że bez wieka. no ale co to byłby za rodziciel, jakby wieka nie dokleił. wyrzucił więc kartofle z sitka rodzicielki (która później dopominała się o nie cały wieczór i nikt nie wie gdzie się podziały) tu nagiął, tam zegiął i weszło. z tyłu dupa, z przodu cyc - czyli kosiarko-sitkowe nosidełko dla kota. do środka włożyliśmy jeszcze kocyk, żeby mu miękko było, no i pozostało już tylko jedno, właściwie dwa: złapać kota i włożyć do środka. z pierwszą czynnością jak z płatka, chudosław zawsze chętny na smyry, szybko został zwabiony, schwytany, podniesiony, no ale niestety nie taki głupi jak obsmarkany ten nasz chudzik i wyrwał się nam, nim zdążyliśmy pomyśleć, jak go w ogóle do środka włożyć.

przy drugim podejściu już prawie był w środku. rodziciel tam trochę sadystycznie go wciskał na tak zwanego chamca. ale nic nie dało. chudziol się zaparł wszystkimi łapami, wytrzeszczył gały i wyskoczył jak z katapulty, najpierw na drzewo, a później pod krzaki. i do końca wieczoru obrażony spał na rabacie. i tak się skończyła wycieczka do weta: wkurzoną familją i obrażonym kotem.

w celofanowej ciemności

es przed południem: w nocy był strach że jarek wygra




rodzina w parku.

4.07.2010

never ending story


są takie znajomości w życiu, które milczą przed długi czas, ale wystarczy raz jeden się spotkać, a rozmowa zaczyna się od urwanego fragmentu.

biały zamek i srebrny kurz

zachwytu z rana: brak
za to jedno zdziwienie: biały zamek pamuka za szafką. wstyd się przyznać, ale przerwałam na 174 stronie i książka się obraziła i spadła. 47 stron do końca zaległo w kurzu. a kurz w kącie jest najmniej łaskawy, kto ma ten wie. nikt do niego nie zagląda, nikt nie pyta jak się ma, tylko zalega i zalega - i łączy się w puszyste srebrne kulki, właśnie pod ich warstwą świecił biały zamek. a tak właściwie  to nie świecił. i kulki też nie były srebrne. i kurz też w ogóle was nie obchodzi. no ale to nic. nic to ale. zaraz zaczynam ożarowicką idyllę. adieu.

3.07.2010

zaczynam kolekcję zachwytów

mój kotek odzyskuje siły. ciągle się zastanawiam, jak coś tak małego, może znaczyć dla mnie tak wiele. myślę, że w tej kwestii tylko kashianka mnie zrozumie - największa kociara na świecie. a chudzik, mój kot, już je i mniej prycha i znacznie więcej biega i ciągle by tylko chciał się przytulać i smyrać. i to mój dzisiejszy największy zachwyt: radosny chudosław na książce o ciele.

entuzjazm jest wszystkim

zaczynam rzeźbić w tej maksymie i doceniać wagę zachwytu.
na przykład wtedy, kiedy czytam o samotności miłosza w berkley. podobno, gdy skończył 60 lat nie dostał ani jednej kartki z życzeniami urodzinowymi. był przekonany o całkowitej ciszy swojej poezji. i oto, kiedy w latach 70. w paryskiej kawiarni spotyka adama michnika, który zaczyna recytować z pamięci jego wiersze - poeta wybucha płaczem.*


*przypomniał mi o tym zagajewski.

2.07.2010

z kroniki towarzyskiej

"jest kórwa tak mądry, że wgniata w krzesło
filmowo naprawdę miażdży
dużo czyta
ładnie mówi
fajnie wygląda
tak alternatywnie
a do tego jest miły
i
subtelny
ale jakiś trochę nieporadny
jak z innej planety"

-zasłyszany anons,
jedna mucha już się złapała na ten lep :-)

1.07.2010

uporczywość pamięci


widzisz tę muchę na miękkim zegarku? to właśnie jest szczegół, który ożywia martwy pejzaż. kiedy gala zobaczyła ten obraz po raz pierwszy, powiedziała, że każdy kto go zobaczy, nigdy go nie zapomni. a inspiracja przyszła z patrzenia na ser camembert. czterowymiarowe kontinuum czasoprzestrzenne zawarte w białej pleśni. smaczne? filozoficzna rozkosz dla podniebienia.

pre-teksty i pre-tensje

czyli moje międzytekstowe zanurzenia i upalne narzekania. lato w zabrzu.