29.09.2011

bez tytułu. wyznaję. ę to nie ja.

wczoraj przyznałam się publicznie, że zabiłabym i zjadłabym człowieka, ratując siebie i dziecko. siebie-mnie dziecko-moje. i natychmiast chyba pożałowałam tych słów, bo chyba raczej nie mówią wiele dobrego o mojej moralnie może zbytnio nad-krzywionej psychice. ale piszę chyba bo rzecz jasna, nie jestem pewna. teraz wątpię, a za moment mogę już być pewna. [niemniej wszystko to dzisiaj chyba w tej pisowni bardziej nie ma sensu. niż zwykle. bo tutaj dziobię i drapię się bo skóra swędzi, kiedy nie umiem wydziobać za dobrze, a ściemnia się już i ściskać mnie zaczyna w gardle - a tutaj coś bazgrzę jak pan leon z bieszczad, który nigdy nie będzie śpiewakiem operowym. ani słynnym malarzem. co najwyżej, znanym w swoich kręgach. szyjnych].

po rozum

ienie
czasami przychodzi w bólach i rodzi się z wielkiej czułości. tym bardziej wydaje mi się cenne, im bardziej jest przemyślane. to trudno tak teraz nazwać, kiedy właśnie piszę swoją ważną przyszłość na czwar.tek, ale sądzę, że im bardziej się otwieram, tym bardziej zyskuję. w po.rozumieniu. (ze sobą). reszka przyjedzie sama. orzełka nie chcemy.

26.09.2011

jestem wcią

gu. w zbiorze zmiennych nastrojów. w liczbach niezespolonych. tznaczyż czekam na rozwiązanie.

25.09.2011

bez tytułu. dochodzę do prawdy.

słońce uskrzydla. jaka to prostobanalna prawda. nieprawdaż? i chociaż mały okruch uwiera pod powieką, jestem w stanie o nim zapomnieć i cieszyć się niebem. soczystym. i zapomnieć o trzeba z korzyścią na chcę. i zapomnieć o tych, którzy się zamykają. sama przecież ich nie otworzę. nie dlatego, że nie potrafię. ale dlatego, że nie chcę. bo to jest tak, jak z drzwiami: mogą być otwarte, albo zamknięte. trzeciej opcji nie ma. i na całe wielkie ich szczęście.


istanbul

przyszła kartka ze stambułu. piękna. mrówczarnia widziana z lotu żaby. aż się chce wprowadzić tam. do tych mrówek. kupić burgera u sheka i idąc w dół potokiem istiklal caddesi (independence avenue), przyglądać się sobie w twarzach potomków tureckich osmanów. jaka to byłaby frajda, tak płynąć.



24.09.2011

pan klapek czyta gazetę

a w niej psychologicznie o związkach. łapie się za głowę. wszystko nie tak. pan klapek przegrywa turniej z własną głową. głowa po ścięciu zachowuje świadomość.

23.09.2011

pan klapek rozważa zanaczenie normy

siedzi skulony w kącie swojej ciasnej komórki i patrząc, jak połyskują w słońcu sztucznej żarówki peklowane przez niego samego pomidory twarde, zastanawia się, co go tak opętało i ucisnęło. na duszy. wszystko pomału krokiem żwawym acz nie bardzo, wraca do normy. ja nie wiem, co to znaczy wracać do normy, ale pan klapek jest przekonany, że to dobrze, że to prawidłowo jest. nie wiem tylko, czemu tak siedzi w tych kuckach, pochylając się raz to do przodu. raz to do tyłu. dwa razy do przodu. dwa razy do tyłu. lub wariacyj-nie: raz do tyłu, dwa razy do przodu. w takt obijającej się o żarówkę ćmy, która całuje się ze światłem. pan klapek darzy normę głębokim uczuciem. stanowi ona tunel w jego życiu ze światłem. wcześniej był tunel, ale nie było światła. to była niewola. jeszcze wcześniej było światło, ale nie było tunelu. wtedy była wolność. teraz jest tunel i teraz jest światło. to się nazywa norma. lub wymiennie ucisk: metalowe szczypce trzymające wiśniową fantazję za pysk na szyję. pan klapek w pozycji kucania wygląda na wyższego. w przeciwieństwie do normy, która właśnie w tej chwili go przerasta. gdyby tylko nie gapił się na te suszone peklowane pomidory w takt sierocej sonaty skrzepowej. wszak. skrzep jak skrzyp - rośnie i obumiera.

20.09.2011

bez tytułu. jest przed dzie.wiątą

na ziemi leży segregator. w truskawki. są czerwone. co mnie podkusiło, żeby kupić segregator w czerwone truskawki. ani to ładne ani smaczne. zresztą - ja nie lubię owoców. obok leży różowa teczka, na niej "ciało". dalej: czerwona torba rączkami zachodzi na grzbiet. całkiem kolorowo na tej ziemi, myślę sobie. jeden rzut okiem w dół i cała tęcza. no może nie cała. taka jedna może trzecia tęczy. a może dwie ósme. kto by to wiedział, ile to tęczy tam leży. algorytm nie do pojęcia. w każdym jego razie, barwi się i skrzy. a u mnie - pastelowo. to nie znaczy wcale dobrze. pastele są groźne. rozmyte, nijakie. atakujące porowatą codziennością. bo ja się nie umiem cieszyć z sukcesów dłużej niż dzień, najczęściej ćwierć dnia. może dwie trzecie i pół. no nic to, co się będę nad truskawkami rozwodzić, jak  herbata ze szparagów schnie.

18.09.2011

siedzę i czytam poetę

- pisze rilke. czyli dokładnie to samo, co robię ja (bo ę to ja) przez kolejne parę (już nie pamiętam jak parę) dni.

bez tytułu. ne.guję.

w walce ze stresem staję po (lewej) stronie stresu, usiłując "po bohatersku zachować postawę pionową". (prawa) strona jest wolna. lub pusta. jak kto woli jeśli woli. do każdego własnego tak, dodaję natychmiast własne nie. niech to jutro się już skończy.

17.09.2011

my

mówię do siebie na my
wyrażając wielką ochotę przy
należności do pensjonariuszy kliniki psy
chiatrycznej umyję nóżki i się
schowam

pan klapek i romantyzm

pan klapek woli rozmaryn od romantyzmu, może nie pachnie lepiej i może nie smakuje lepiej, ale na pewno jest bardziej prawdziwy. ogrodowy. rośnie na rabacie i można go dodać do ryby. a romantyzm rzadko kiedy jest świeży. jak ryba po dwóch dniach śmierdzi. i zamiast doprawiać, dodawać i uskrzydlać, zwykle podcina, przepieprza i ujmuje. życiu autentyczności. "oj, tak", żachnął pan klapek, który nie rozumie słowa żachnąć. nie mniej (mniej?) zdarzają się (ę?) podroby (porywy?) serca nerek i (i?) wątroby, które (który?) wywołują skrzywienie linii ust (biust?). a brew (krew?) rośnie (nie?).

15.09.2011

bez tytułu. zamieniam faktyczność na wyrażalność.

ważny powód to taki, którego nie sposób sformułować - miał powiedzieć gadamer. ale cycuję przez kogoś i jestem niepewna dokładności. nie.mniej. trafne. mniej. więcej. porywające. mnie porwało. inni mnie. nie. obchodzą.

jak pies.

14.09.2011

kamień

mi z z paznokci spadł. co za radość. bez kamienia. gruzłowaty, nie ozdobny. wypadł przepadł precz. "będziesz żyć", mówi mi żyła na skroni. a odzywa się rzadko. krótko i  treściwie. "słuchaj się żyły", mówiła mi babcia. "w żyle siła w żyle żar", śpiewała mama. "żyła nie żyła, polej", wołał dziadek. a ja sobie nucę: zed's not dead, baby. zed's not dead. i jest całkiem przyje.mnie.

13.09.2011

bez tytułu. jak twarzą w wodę.

moja twarz dzisiaj nie odbija się w lustrze. to dziwne. może lustru dzisiaj odbiło. a może mnie lekko przybiło. bo od dłuższego czasu nie mogę ruszyć ręką ni głową. pierwsza opadnięta. druga oparta o kolano. obie przysłuchują się sercu.

"chcę odejść od swojej ręki", wołała świrszczyńska; "nie opisuj paryża opisz swoją twarz z pamięci nie z lustra", mówił różewicz; "moja twarz jest coraz bardziej księżycem który zachodzi", pisała poświatowska; a lipska: "nawet rak w mojej tkance nie jest pewny jutra". zabawne.

poezja potrafi rozśmieszyć
człowieka

12.09.2011

wymioty i tęsknoty

jeden taki, gdzieś tam, pisze sobie: tęsknoty duszy. zastanawiam się, czy daleko mu - czy po drodze - do powstawania gatunków. nie jest to na pewno rewolta na miarę darwinowej rewolucji. ale przecież taka pawlikowska-jasnorzewska miała swoje pocałunki. taki białoszewski miał swoje podfruwaje i ziewanny. a ten jeden, taki sobie, ma swoje tęsknoty. formą przypominają co prawda wymioty, łączy je podobna treść. solidna. niestrawiona. ale nie można odmówić im prawidłowej realizacji gatunkowej: uczucia braku czegoś istotnego.
wszak poetą jest ten, który pisze wiersze i ten który wierszy nie pisze. a także ten który pisze, a nie powinien. 

11.09.2011

są takie zachody

którymi warto się zachwycać. zachody po rozum. zachody po szklankę mąki i cukru. i zachody słońca takie jak to [o to właśnie]. "człowiek dzisiejszy nie ma powodu widzieć w słońcu nic więcej nad złotą centkę, ma zaś prawo w guziku od spodni upatrywać zwierciadło swojej własnej wielkości". tak pisał peiper. na szczęście te czasy już minęły, choć ludzkość nadal woli zachwycać się guzikiem niż słonecznym centkiem. a dlaczego? a prawdopodobnie dlatego, że natura - zupełnie absurdalnie - utraciła w oczach wielu wartość swojego istnienia: upiększania życia. gejsze! nie gejzery! woła rozhulana masa. jest niespodzianką dla mnie samej jak ta muzyka mnie urzeka. choć jeszcze wczoraj sama wielbiłam guzki w spodniach. dokonuje się kolejna. mała. moja. samozdrada: oddalenie. od guzików.

bez tytułu. o smuracy.

w krytyce politycznej piszą dzisiaj, że praca jest najlepszym lekarstwem na smutek. piszą, że to arthur conan doyle powiedział. nie trzeba być zapewne sherlockiem, żeby dopatrzyć się w tym cycacie pewnych słuszności.to, że największych najlepsze prace powstają pod wpływem smutku. to pewn. to, że się zapomina o tym, co szczyka, krótkotrwale, nie trwale, to też pewn. ale żeby zaraz lekarstwo. żeby zaraz leczyć. to ja śmiem lekko w tej kwestii pokiwać przecząco głową. wiadom, że nic tak nie inspiruje, jak to co dołuje. to pewn. ale gdybym jam pracą miała swą melancholię uleczyć, to bym już dawno tytanem została. a tak, pókim cso tyranem. swoim własnym na siebie skierowanym. dobrze, że dzisiejszy wpis sponsoruje literka r i t. dzieli je niewielki dystans. ot, jedna litera. dwie - jeśli liczyć kreskę.

10.09.2011

bez tytułu. o bibliotece.

Wall
to jest projekt biblioteki w sztok.holmie.
niezwykły.


wygląda jak cmentarz-labirynt zapomnianych książek, w którym daniel sempere odnajduje "cień wiatru" i próbuje ocalić od zapomnienia.


ściana z książek swoją konstrukcją przypomina też surowy ceglany mur, przy którym jan saudek mógłby wykonywać swoje groteskowe fotografie ze snu. 


i wygląda jak wszechświat, "który inni nazywają Biblioteką", jak pisał borges, a który eco umieszcza na początku swojego eseju "o bibliotece". a co mi tam. wklejmy cały fragment:
Wszechświat (który inni nazywają Biblioteką) składa się z nieokreślonej, i być może nieskończonej, liczby sześcio-bocznych galerii, z obszernymi studniami wentylacyjnymi w środku, ogrodzonymi bardzo niskimi balustradami. Z każdej galerii widać piętra niższe i wyższe: nie­skończenie. Układ galerii jest niezmienny. Dwadzieścia szaf, po pięć szaf na każdy bok, wypełnia wszystkie boki prócz dwóch; ich wysokość, która równa jest wysokości pięter, przekracza zaledwie wzrost przeciętnego bibliotekarza. Jeden z wolnych boków przylega do wąskiej sie­ni, która wychodzi na inną galerię, iden­tyczną jak pierwsza i jak wszystkie. Po le­wej i po prawej stronie sieni są dwa ma­lutkie pomieszczenia. Jedno pozwala spać na stojąco; drugie zaspokajać potrzeby naturalne. Przechodzą tamtędy spiralne schody, które zapadają się i wznoszą ku odległym okolicom. W sieni jest lustro, które podwaja wiernie pozory [...] Każdej ze ścian każdego sześcioboku odpowiada pięć szaf; każda szafa zawiera trzydzieści dwie książki znormalizowanego formatu; każda książka posiada czterysta dziesięć stron; każda strona czterdzieści wierszy, każdy wiersz około osiemdziesięciu liter czarnego koloru. Są również litery na grzbiecie każdej książki: litery te nie wskazują   ani   nie   zapowiadają   tego, czym będą mówiły stronice. Wiem, że ten brak związku kiedyś wydawał się ta­jemniczy. [...] Pięćset lat temu przełożony jednego z wyższych sześcioboków znalazł książkę tak zawiłą jak inne, ale która mia­ła prawie dwie kartki o jednorodnych li­niach. Pokazał swe znalezisko wędrowne­mu specjaliście od odcyfrowywania, któ­ry powiedział mu, że są one zredagowane po portugalsku; inni powiedzieli mu, że w jidysz. Przed upływem wieku zdołano ustalić język: był to samojedzko-litewski dialekt języka guarani z fleksją arabskie­go klasycznego. Również odcyfrowano treść: zarys analizy kombinatoryjnej, ilu­strowany przykładami wariantów z nie­ograniczonym powtórzeniem. Przykłady te pozwoliły pewnemu genialnemu bi­bliotekarzowi na odkrycie podstawowe­go prawa Biblioteki. [...] Twierdzą bez­bożnicy, że niedorzeczność jest normalna w Bibliotece i że sens (a nawet pokorna 1  zwyczajna spójność) jest niemal cudow­nym wyjątkiem. Mówią (wiem o tym) o «majaczącej Bibliotece, której przypad­kowe woluminy narażone są na nieustan­ne  niebezpieczeństwo  zamieniania  się w  inne,  i  że  wszystko  one  twierdzą, wszystkiemu przeczą i wszystko mieszają, jak jakieś bóstwo w delirium». Słowa te, które nie tylko ujawniają chaos, lecz rów­nież dostarczają nań przykładów, stano­wią oczywisty dowód złego gustu i roz­paczliwej ignorancji.W rzeczywistości Biblioteka zawiera wszystkie struktury słowne, wszystkie wa­rianty, na jakie pozwala dwadzieścia pięć symboli ortograficznych, ale ani jednej ab­solutnej niedorzeczności. [...] Mówić to popadać w tautologie. Ten zbędny i prze­gadany list istnieje już w jednym z trzy­dziestu tomów jednej z pięciu szaf jednego z niezliczonych sześcioboków - i również jego refutacja. [Liczba n możliwych ję­zyków używa tego samego słownictwa; w niektórych symbol «biblioteka» dopusz­cza poprawną definicję "wszechobecny i trwały system sześcioboków galerii", ale biblioteka to «chleb» czy «piramida», czy jakakolwiek inna rzecz, i sześć słów, które ją określa, posiada inną wartość. Ty, który mnie czytasz, czy jesteś pewien, że rozu­miesz mój język?]* Amen!".
eco kończy swój esej słowami: "czy zdołamy przeobrazić utopię w rzeczywistość?". in moim zdaniem, jeżeli zdołamy, trzeba będzie stworzyć kolejną utopię. bo nic stworzone na miarę człowieka, nie może ostać się piękne, samo sobie. tylko zawsze wyskakuje w przód, jak czerwony język diabła z jarmarcznego kramu. trochę jestem dzisiaj przeciwnikiem rewolucji. ale podejrzewam, że za pięć minut będę już zwolennikiem. jestem jeszcze na czczo. poziom glukozy waha się na razie w okolicach kolana i uda. zamiast robić pod ludzi, robię dzisiaj pod siebie. a co mi tam. 

7.09.2011

bez tytułu. poza rycia

pan klapek obraził się na świat, bo go świat boli. stomachus zapałeczkował. febris polepiła. cutis spokrzywiała. a psyche stoi w kącie i wyciera swój dziadowski bicz w rudy ogon. pan klapek oszalał. zbrzydł i wychudł. pozasłaniał wszystkie lustra makatkami z ballady. na okna zarzucił blade spojrzenie. "aaa!", krzyknął. to stomachus wbija mi szpilkę w zadek i dopomina się o własne libretto w tym żałosnym dramacie. "psia kościa mać", zamiauczał i włączył brandenburg concerto. "wielcy te orują", wydumał płytko i zasnął.

będą mi badać głowę

myślę że nie dostaną się do myśli
chodź.
niepewność pozostaje

nic tylko się stopić

wariuje na punkcie mojej klasy. oszalałam. z miłości. i jak każda miłość, ta również, nie pozwala mi sklecić nic sensownego. pisać to łatwo o stracie i bólu. jest. bo ból sam się pisze. tak: "niebo osiadło na ziemi, mysz na westchnieniu". albo tak: "nadaję się do powieszenia / w ramach zerwania". abo ta: yyy. (ta trzecia opcja jest mi najbliższa)

jeśli już zapeszyłam to odstukuję i odchrząkam, w drewno i w ślinę, ale nie mogłam się byłam powstrzymać, zresztą kto widział, ten wie. walnęło mi na de.kiel. trochę szumi. ale to całkiem przyjemne. takie bym rzekła: łał.

6.09.2011

osła

bienie wzrasta. osła
z rzędem temu
kto mi mnie zdiagno.zuje co mi mnie je
*
przyszło chamowo. białe czyste. boję się dotknąć. ostatnie zdanie: "Chce mi się stąd wyprowadzić. Z tych mrówek". gorączka mnie dziś nie powstrzyma. choć. trzyma rzyma yma ma aaaa

2.09.2011

nie przewodzić. przekonywać.

peiper w liście do przybosia napisał: "można mnie jednym powiedzeniem zyskać, ale także jednym milczeniem stracić". w wypowiedzi tej znajduję wiele osobistych rodowodów ideowych. acz nie do końca słusznych, jak zaczynam podejrzewać.

1.09.2011

bez tytułu. o czwartej nad ranem.

dopadło mnie i nie chce puścić.
*
oh shit glory dlaczego ty jesteś oh so shit glory.
*
w stanach ameryki północnej w których jestem teraz (now oh now) winnam sobie pomóc sama. ale coś nie tyka i się potykam o własne ty. jak to mówią (ludzie): nie ma (leko). i to, że zrobiłam sobie dzisiaj mleko z miodem, świadczy chyba (tak mi się. wyda.je) o mojej dziecięcej (słabej neurotycznej zwał jak srał) potrzebie bycia wspartym(tą) tym(tą), czym(czą) sama się wesprzeć nie mogę.
*
do wesela się zaogni.