30.05.2010
o ironio, moja ironio
jeśli w życiu każdego człowieka wydarza się coś, co zmienia go na jakąś chwilę, czasem dłuższą, niekiedy wieczną, czyli że na zawsze - to mnie zdarzyło się coś takiego wczoraj. nie potrafię jeszcze określić długości zmiany, która się we mnie dokonuje, ale na pewno nie jest dziś tak, jak było wczoraj. wszystko za sprawą ciała otwartego na fotelowym krześle mojej ogrodowej działki. no tak. nie wdając się zbytnio, albo nawet w ogóle, w poezjowanie na temat filozoficznych interpretacji spotkania z Innym, zdaje mi się, że doświadczyłam podręcznikowego wręcz strachu przed fragmentem ciała. puentując: chodzi o to, że ostatnio na moją działeczkę zaczęła się zlatywać kocia zbieranina, w tym kocie mamy, chyba dwie. kashianka na pewno pochwaliłaby moją popisową wręcz rolę kociary, która kupuje dachowcom whiskasy i deszcz-nie-deszcz pędzi na działkę nakarmić kocięta. niestety różowe okulary zawsze zachodzą mgłą. dochodząc już prawie do sedna, skracając idyllę o połowę, zaczynam wątek dwóch kocich mam, które odwiedzały naszą działkę, wraz z całą resztą tygrysich outcastów. jedna z nich zostawiła dwa nierozwinięte kocie fragmenty na fotelu naszej fancy działki. to, że piszę to teraz z w miarę stoickim spokojem, zawdzięczam całowieczornemu youtubowaniu występów charlesa mansona i aileen wuornos, których psychotyczne wizje zneutralizowały nieco moje. a, o ironio, moja ironio, w tym czasie, kiedy ja zapadałam się dwa metry pod ziemię, rysia zabawiała czterolatka i śpiewała mu kołysankę "aaa, kotki dwa, szarobure szarobure obydwa". do tej pory zbieram swoje fragmenty z wczorajszego popołudnia. dwa Inne znajdują się w kontenerze na liście. ja znajduję się nigdzie.
29.05.2010
tchórz zwyczajny
poranne rozmowy z rysią nakręcają mnie do życia na pełnym biegu. nie tam na trójce, ani czwórce. na całej fullowej piątce. i to jest fajne. bo ja jestem tchórz-racjonalista. najgorszy z gatunków zwierząt pospolitych. rysia jest niepospolicie drapieżna i dlatego zawsze przynosi mi upolowanego żubra, z którym niekiedy się bawię, częściej jednak porzucam, bo tchórze boją się żarła z niewiadomego źródła. i tak niedojedzona - trwam. sram. z rysią u boku lewego. i dobrze. bo prawą stronę wolę mieć wolną. zawsze można skręcić. i pjerdolnondź w drzewo.
25.05.2010
siódmy przypadek polskiej deklinacji.
przed wyjazdem na węgry dostałam w prezencie tomik szymborskiej chwila (w wersji dwujęzycznej z przekładem barańczaka, co ucieszyło mnie tym bardziej. o ile bardziej. o wiele bardziej). dzisiaj wertując go w przypływie momentalnej wariacji, taki oto fragment z wiersza w zatrzęsieniu:
mogłabym być, co prawda, mianownikiem, bo często występuję w roli podmiotu (gospodarczego, społecznego, prawnego etc), ale nie ma w nim tej ułańskiej fantazji, dzięki której tak silnie zrażam ludzi do siebie. na pewno żaden ze mnie biernik, usiedzieć w miejscu nie mogą i ciągle mnie nosi. oj, nosi-osi. celownik to już w ogóle odpada, od dawna poszukuję trwałego targetu i miotam się wątpliwościach, choć wszystko i tak zawsze rozchodzi się po kościach. narzędnik, z kolei, za bardzo jest przedmiotowy. moje feministyczne zboczenia stanowczo i głośno wołają wewnątrz "nie". pozostał jeszcze miejscownik, ale z nim też mam kłopot, bo miejsca swojego na ziemi wciąż szukam i uprosić się o nie, nie mogę. no więc logicznie ujmując kwestię całą - traf trafem, wołacz się ostał. i pasuje do mnie jak ta pjenść do łoka. prawie zawsze wyrażam się w apelu (z naciskiem na prawie i mniejszym ciśnieniem na zawsze), no i ło zgrozo, słowa się same jakoś tak zawsze kończą wykrzyknikiem. a później mi mówią: "nie krzycz". a ja tylko siódmym przypadkiem polskiej deklinacji jestem. i:
do tego drugiego.
"Jestem kim jestem.
Niepojęty przypadek
jak każdy przypadek."
i tak sobie myślę, że z wszystkich przypadków jakie nasz polska deklinacja zaszyła w swoim asortymencie, to ja bym była wołaczem. nie tyle z wyboru, co z wewnętrznej predyspozycji. i raczej bez większej dumy, jedynie z mniejszym dystansem. ale po kolei.mogłabym być, co prawda, mianownikiem, bo często występuję w roli podmiotu (gospodarczego, społecznego, prawnego etc), ale nie ma w nim tej ułańskiej fantazji, dzięki której tak silnie zrażam ludzi do siebie. na pewno żaden ze mnie biernik, usiedzieć w miejscu nie mogą i ciągle mnie nosi. oj, nosi-osi. celownik to już w ogóle odpada, od dawna poszukuję trwałego targetu i miotam się wątpliwościach, choć wszystko i tak zawsze rozchodzi się po kościach. narzędnik, z kolei, za bardzo jest przedmiotowy. moje feministyczne zboczenia stanowczo i głośno wołają wewnątrz "nie". pozostał jeszcze miejscownik, ale z nim też mam kłopot, bo miejsca swojego na ziemi wciąż szukam i uprosić się o nie, nie mogę. no więc logicznie ujmując kwestię całą - traf trafem, wołacz się ostał. i pasuje do mnie jak ta pjenść do łoka. prawie zawsze wyrażam się w apelu (z naciskiem na prawie i mniejszym ciśnieniem na zawsze), no i ło zgrozo, słowa się same jakoś tak zawsze kończą wykrzyknikiem. a później mi mówią: "nie krzycz". a ja tylko siódmym przypadkiem polskiej deklinacji jestem. i:
"Nie wiem jak komu -
mnie to zupełnie wystarcza
do szczęście i do nieszczęścia" (Bal)
częściej niestetydo tego drugiego.
hubba nie bubba
w stanie świadomości rozproszonej. z agresywnie podwyższonym ciśnieniem krwi i zatykającym krtań wyrzutem sumienia. taki bilans moich napadów społecznych. tynia mnie już wykreśla z sieci kontaktów, a asha już pewnie też stopniowo dilituje z pamięci. nie wiem jak to się dzieje, że często zapędzam się w rejony, z których już później nie ma wyjścia. pozostaje niesmak i zadrapane wspomnienie. wszystko się zrośnie. wiem. ale czy prosto? obawiam się, że kiedyś te narośla wykrzywią moje drogi powrotne do ludzi, którzy będą zdrapywać mnie z siebie. jak hubę. nie bubbę. o smaku owoców leśnych silnie trujących.
24.05.2010
17.05.2010
trip
w gościnie u madziarów. do niedzieli.
ponieważ tonę w przygotowaniach i już właśnie mam wyjeżdżać, nic ciekawego innego nie wymyślę, jak to, że mam nadzieje, że tory nie są głęboko podtopione, a moje buty z poprzedniej jesieni jeszcze wytrzymałe. ponieważ zaczyna mi już drgać żyła nad prawym okiem, czas wyruszać. off we go.
ponieważ tonę w przygotowaniach i już właśnie mam wyjeżdżać, nic ciekawego innego nie wymyślę, jak to, że mam nadzieje, że tory nie są głęboko podtopione, a moje buty z poprzedniej jesieni jeszcze wytrzymałe. ponieważ zaczyna mi już drgać żyła nad prawym okiem, czas wyruszać. off we go.
16.05.2010
chwila moment
czyli tomik szymborskiej w tłumaczeniu barańczaka.
no tak. dzisiaj tylko krótka refleksja, że to wszystko tutaj, tam, i jeszcze tam i tam też, o i tam - to tylko chwila. pach. i nie ma.
i kogo obchodzi, że górnik wygrywa właśnie 3:0. jak za tydzień znowu przegra, a jutro zaś będzie padał deszcz.
pach. i nie ma.
i kto się zastanawia nad tym, że jeśli nas sparaliżuje i zamienimy się w roślinę, nie będziemy mogli nikomu powiedzieć, jak bardzo chcemy umrzeć. co najwyżej zamrugać dwa razy. wtedy może zasłonią żaluzje, a może i nie. chore myśli na dobranoc. pach. i nie ma.
i nikogo tak naprawdę dożylnie nie obchodzi co myślisz i jak żyjesz. skoro i tak przestaniesz. pachpach.
nie ma.
no tak. dzisiaj tylko krótka refleksja, że to wszystko tutaj, tam, i jeszcze tam i tam też, o i tam - to tylko chwila. pach. i nie ma.
i kogo obchodzi, że górnik wygrywa właśnie 3:0. jak za tydzień znowu przegra, a jutro zaś będzie padał deszcz.
pach. i nie ma.
i kto się zastanawia nad tym, że jeśli nas sparaliżuje i zamienimy się w roślinę, nie będziemy mogli nikomu powiedzieć, jak bardzo chcemy umrzeć. co najwyżej zamrugać dwa razy. wtedy może zasłonią żaluzje, a może i nie. chore myśli na dobranoc. pach. i nie ma.
i nikogo tak naprawdę dożylnie nie obchodzi co myślisz i jak żyjesz. skoro i tak przestaniesz. pachpach.
nie ma.
15.05.2010
nowa fala
nie rozumiem dlaczego w zimnych ogrodników nie może być ciepło. rozumiem, że cyrkulacja i że wyż i że niż i że baryczny i że atmosferyczny, ale przecież nikogo to tak naprawdę nie interesuje. a i ja tak naprawdę tego nie rozumiem. dres, wełniane skarpety, gorąca herbata co pół godziny i łazienkowe wypróżnianie, bo mój mały pęcherz nie trzyma, tak jak powinien trzymać. z tym trzymaniem to w ogóle różnie bywa. teraz na przykład utrzymuję umiarkowanie dobry humor, nawet podoba mi się ta zimnica za oknem i przed oknem. bo w domu też wszystko staje na baczność z tego mrozu, włosy na ręce, prawie że włosy na głowie i konwalie w wazonie też są jakoś inaczej wyprostowane. a do tego jeszcze moja nowa muzyczna fascynacja wzbudza metafizyczne klimaty oddalonej przestrzeni i romantycznych uniesień. a to naprawdę chyba nie przypadek, że pisząc pracę o nowej fali zakochałam się w nouvelle vague tutaj. nie wiem dlaczego łatwiej zakochać się w piosence niż w człowieku. myślę, że to sprawa genów i długości dźwięku. to byłoby na tle. wracam do herbaty i słuchania. mój nowy pamuk dotarł już do mnie, więc zamierzam odwiedzić dziś muzeum niewinności, czyli 83 rozdziałów prowadzących do szczęścia. ale na razie otręby i dżem. moje personalne doznanie porannej radości.
14.05.2010
są tacy ludzie jak na przykład rysia, którzy nawet płatki jedzą z metką. czyli że nie marki tesco, tylko zawsze nestle. gadżety świadczą o nas. a wkrótce będą świadczyć na naszych ślubach i rozwodach w sądzie. nie wiem czy to dobrze o nas świadczy, że oczy nam się rumienią na widok nadgryzionego jabłka na komputerze. ja osobiście wolałabym się ugryźć w język niż przyznać publicznie, że kręci mnie apple. każdy ma taką gruchę na jaką sobie zasłużył. albo jaką zaiwanił.
dyszcz
najwięcej smaku jest w polskim chłopaku, śpiewa dyszcz. ja myślę sobie, że jest to smak sfermentowanych owoców i wiatrów tropikalnych. po grochowej na dożynkach.
13.05.2010
wirtualny znicz - realny deszcz
i tak sobie rozważam, że konwalie i deszcz to całkiem przyjemne wiosenne połączenie. myślę sobie też, że dla niektórych nawet lepsze niż słońce i żonkile. mam tu na myśli wszystkich ogrodników, myślicieli i niektórych nauczycieli, bo przecież nie dla sprzedawców zniczy. z niczym zresztą innym te znicze się nie kojarzą. jest nawet taka strona jak wirtualny znicz, że sobie można znicza zapalić. szkoda, że tylko nieboszczykom.
12.05.2010
ptasiek
wystawiłam klatkę brazyla na balkon. zleciały się cztery gołębie i dwie sroki. złapały się też trzy komary na przy-rynnową pajęczynę, na którą nic się nigdy nie łapie. jej gospodarz będzie miał dziś tłustą fiestę. brazylowy gryps to prawdziwy lep na muchy. w przyrodzie jak w życiu, liczy się bajer i piórka.
11.05.2010
miętowy listeczek
obżarstwo to naprawdę wielki grzech główny. chodzi w nim głównie o jedzenie. nikt nie powinien jeść za dwoje, skoro każdy może jeść za siebie.
wiosenne koszenie
mam taką jakąś wrodzoną potrzebę całkowitego zastygnięcia w ruchu. niektórzy lubią trwonić pieniądze - ja wydaje czas na prawo i lewo. dzisiaj wydało mi się go więcej niż zwykle, więc jutro postanowiłam boleśnie zakasać rękawy. jak znam siebie, to zakoszę je krótko i pod kątem prostym w stosunku do poprzedniego koszenia. co jak co, ale nie można mi zarzucić odchyleń od pionu.
10.05.2010
kulinaria bez sera
czasami wszystko zmienia się tak szybko, że nawet papryka zapiekana na kruchym cieście pozostawiona dłużej w piekarniku rozgrzanym na maksa - zmienia się wolniej. więcej przepisów znajdziesz na moje-nowe-plany-życiowe.pl. chyba, że nie znajdziesz.
9.05.2010
jasmine
nowa płyta jarretta - dżezmin. ruchoma geometria dźwięku nakreślona odręcznie w przypływie energii.
jeszcze o niej napiszę, na razie powstrzymuję szczękospad i rozluźniam szczękościsk.
taki to pocisk.
jeszcze o niej napiszę, na razie powstrzymuję szczękospad i rozluźniam szczękościsk.
taki to pocisk.
8.05.2010
naręcza bzu
Lexis o mało nie spadła ze stołka, kiedy jej powiedziałam, że idealnie romantyczne spotkanie to duszne, parne lato i pachnące naręcza bzu. sąsiadka przyniosła mi takie przed chwilą. teraz siedzę i upajam się białym bzem. nie jest co prawda duszno. ani parno. ani w ogóle romantycznie. a bez stoi w kubeczku po proszku z napisem persil, ale od czego jest wyobraźnia. nie potrzebuję mastercard paypass, żeby właśnie teraz zjeżdżać na rowerze uliczkami oviedo z juanem antonio gonzalo i białym bzem w koszyczku.
tempo tempo
przynajmniej raz dziennie zastanawiam się, co zrobić z własnym życiem. analiza ta wychodzi mi już bokiem lewym, bo prawy wciąż czuje się zbyt porządny i cnotliwy na takie rozważania. potem idę do szkoły i zajmuję się życiem stu innych niezdecydowanych. bo tak naprawdę, obojętnie na jakim etapie życia jesteśmy - wciąż czegoś nie wiemy. oni formy przeszłej czasownika tuhew, ja formy przyszłej. co będę z tego wszystkiego miała, jeśli wszystko nadal będzie się tak tępo toczyć. a ja chcę tempotempo! ja - podobnie jak oni - również mam problemy z czasownikiem tubi - tylko, że oni nie potrafią go odmienić przez osoby, a ja wciąż zastanawiam się, co on oznacza. i tak to życie toczy się. wcale nie dalej i w ogóle nie bliżej. ale jakoś ciszej. oby jednak nie była to cisza przed burzą.
życie z mastercard paypass w kieszeni
są tacy ludzie na świecie, którym wciąż za mało świata. pracują tylko po to, żeby ich było stać na parę wyjazdów w roku. kupują kartę z doładowaniem mastercard paypass, lecą do marakeszu za 48 złotych. w obie strony. palą z beduinami na pustyni, którzy częstując ich narzekają na to, że jak przyszedł kapitalizm to im wielbłądy odebrali. "wzięli nas do swojego obozu, rozpalili ognisko, grali muzykę i narzekali, że nie stać ich na wielbłąda - mówi Rej - nie wiem, może chcieli kasę, ale ja im uwierzyłem". ja też zaczynam wierzyć, że życie w łupinie orzecha jest znośne dla calineczki, ale nie guliwera. ale zastanawiam się, czy życie z mastercard paypass w kieszeni nie jest tylko alternatywną nazwą większej łupiny? i czy to wszystko nie są tylko mżonki-mrożonki z biedronki, które lepiej między bajki włożyć, zanim na dobre się rozłożą.
za górami za lasami żyją wielbłądy, które żywią się daktylami.
a za rogiem, tuż pod progiem ślimak objada się twarogiem.
puentę czas dopisze.
jak nie zapomni.
za górami za lasami żyją wielbłądy, które żywią się daktylami.
a za rogiem, tuż pod progiem ślimak objada się twarogiem.
puentę czas dopisze.
jak nie zapomni.
6.05.2010
intelektulany off
czyli alternatywny sposób bycia w sprayu. nowy gadżet dla szukających drogi do zbawienia. na prawo most, na lewo most. po środku auto dilera.
a wiosną niechaj wiosnę, nie polskę, zobaczę
tej wiosny w telewizji znacznie mniej wykresów dotyczących sezonowej alergii wyziewnej na rzecz słupków z poparciem kandydatów na prezydenta. mniej komarów więcej komorowskich. znacznie mniej o okresie lęgowym kaczek, więcej o dzielnym znoszeniu tragedii przez kaczyńskiego. i tak dalej o napierałach, olechach i innych chochołach. proszę państwa, dopiero 21 czerwca 2010 roku skończy się w polsce primavera. i zacznie prima aprilis.
5.05.2010
świat bez lajkry?
numer 402. urban purple czyli po naszemu fuksja.12 ml up to 10 days. a żeby tego było mało: new maxi brush wyposażony w mistake free application. kolor jest niebezpieczny, bo grozi zafałszowaniem rzeczywistości. lycra pro w świecie, w którym każdy jest against tylko poprzez sztuczne włókna naciąga nas na siebie. i od teraz każdy może wszystko powiększyć i rozciągnąć się do kształtu, z którego nie ma już powrotu. ja wciąż się waham między wielościanem archimedesowym a platońskim. jestem na etapie wewnętrznego zrastania.
4.05.2010
rzarufka
wymieniłam dziś rzarufkę w corsuni: s.a.m.o.d.z.i.e.l.n.i.e. niestety od początku zamysł był bardzo niesamodzielny: myślałam, że po szkole skoczę do moich ulubionych mechaników next to school i będzie po robocie. no ale niestety. nie poszło jak z płatka. ale od początku.
przyjeżdżam do mechaników i pan kierownik mówi, że muszę poczekać, bo wszyscy są zajęci, w tym jeden na wyjeździe i nikt nie może teraz zająć się moją rzarufeczkom. a pan kierownik oczywiście takimi pracami się nie para. no to czekam tak sobie z paręnaście dobrych minut, na tego mechanika, który ma lada moment wrócić z wyjazdu, żeby mi wykręcił spaloną rzarufeczkę i wkręcił nową. na całe jednak szczęście któryś się wcześniej zlitował i wyraził chęć współpracy. podchodzi do mnie i mówi: "to niech pani zapalali, zobaczymy, które nie działa". trochę mnie w beton wcięło. czy ja wyglądam na osobę, która jedzie do mechanika, mówi, że nie działa rzarufka w samochodzie, ale nie wie która? więc mu odpowiadam, że przecież wiem która i wskazuję palcem, mówiąc: "o, ta właśnie". koleś się skrzywił i bez słowa poszedł po nową. nie było go całe wieki, a jak wrócił, to mi mówi, że niestety nie mają takiej rzarufki i radzi, że mam sobie kupić na stacji benzynowej. oczywiście nie jadę na stację, tylko do innego mechanika. wjeżdżam do jakiegoś zakładu, który znajduje się na ostrym podjeździe, ala osiedle russian hill w san francisco, tylko z tą różnicą, że jest to san francisco ala ściernisko, a russian to bardziej narodowość mechaników, którzy w szopo-podobnym garażu napażają w karty. no ale nic. wychodzę z corsuni, stukam do tej szopy, wychodzi jeden z petem zwisającym do pasa i nawet nie pyta, o co chodzi, tylko stoi i się gapi. więc mówię grzecznie, że chciałam wymienić rzarufeczkę. to koleś woła: "kazik, wymień pani" i parcha coś pod nosem. kazik wychodzi, daję mu spaloną żarówkę do ręki, rozkręca obudowę i mówi, że tutaj nie ma żadnej rzarufki. więc mu podpowiadam, że wiem, że nie ma, bo przecież trzyma ją w ręce. a on mi na to, że oni nie mają rzarufek i że myślał, że ma mi ją tylko wkręcić. pewnie jeszcze myślał, że ma mi tę spaloną wkręcić. więc się już wkurzyłam na dobre, wykulałam się z tej czarciej góry i na rogu wyhaczyłam sklepik "auto-części", w którym pani sprzedała mi nową rzarufkę za 1.50, to kupiłam zaraz trzy. no a co, może się przyda. dojechałam do domu, rozkręciłam obudowę, wyjęłam listwę, wkręciłam żarówkę, nic się nie złamało, nic nie wybuchło, nic mnie nie popieściło - jednym słowem: wszystko pięknie działa i świeci. allbymyself
przyjeżdżam do mechaników i pan kierownik mówi, że muszę poczekać, bo wszyscy są zajęci, w tym jeden na wyjeździe i nikt nie może teraz zająć się moją rzarufeczkom. a pan kierownik oczywiście takimi pracami się nie para. no to czekam tak sobie z paręnaście dobrych minut, na tego mechanika, który ma lada moment wrócić z wyjazdu, żeby mi wykręcił spaloną rzarufeczkę i wkręcił nową. na całe jednak szczęście któryś się wcześniej zlitował i wyraził chęć współpracy. podchodzi do mnie i mówi: "to niech pani zapalali, zobaczymy, które nie działa". trochę mnie w beton wcięło. czy ja wyglądam na osobę, która jedzie do mechanika, mówi, że nie działa rzarufka w samochodzie, ale nie wie która? więc mu odpowiadam, że przecież wiem która i wskazuję palcem, mówiąc: "o, ta właśnie". koleś się skrzywił i bez słowa poszedł po nową. nie było go całe wieki, a jak wrócił, to mi mówi, że niestety nie mają takiej rzarufki i radzi, że mam sobie kupić na stacji benzynowej. oczywiście nie jadę na stację, tylko do innego mechanika. wjeżdżam do jakiegoś zakładu, który znajduje się na ostrym podjeździe, ala osiedle russian hill w san francisco, tylko z tą różnicą, że jest to san francisco ala ściernisko, a russian to bardziej narodowość mechaników, którzy w szopo-podobnym garażu napażają w karty. no ale nic. wychodzę z corsuni, stukam do tej szopy, wychodzi jeden z petem zwisającym do pasa i nawet nie pyta, o co chodzi, tylko stoi i się gapi. więc mówię grzecznie, że chciałam wymienić rzarufeczkę. to koleś woła: "kazik, wymień pani" i parcha coś pod nosem. kazik wychodzi, daję mu spaloną żarówkę do ręki, rozkręca obudowę i mówi, że tutaj nie ma żadnej rzarufki. więc mu podpowiadam, że wiem, że nie ma, bo przecież trzyma ją w ręce. a on mi na to, że oni nie mają rzarufek i że myślał, że ma mi ją tylko wkręcić. pewnie jeszcze myślał, że ma mi tę spaloną wkręcić. więc się już wkurzyłam na dobre, wykulałam się z tej czarciej góry i na rogu wyhaczyłam sklepik "auto-części", w którym pani sprzedała mi nową rzarufkę za 1.50, to kupiłam zaraz trzy. no a co, może się przyda. dojechałam do domu, rozkręciłam obudowę, wyjęłam listwę, wkręciłam żarówkę, nic się nie złamało, nic nie wybuchło, nic mnie nie popieściło - jednym słowem: wszystko pięknie działa i świeci. allbymyself
3.05.2010
na deszczowym, żelaznym dachu
jeden mokry gołąb na dachu. siedzi i moknie. wszystkie inne pochowane. tylko ten jeden zachować się nie może. siedzimy sobie tak razem. ja tutaj - on tam. on tonie w deszczu - mnie zatapia ten dzień. nie wygląda na zasmuconego, raczej radośnie moczy sobie piórka, dziobie sobie dzióbkiem totutotam. on jeśli zechce, to sobie poleci i zmieni dach. ja co najwyżej, mogę polecić komuś chcieć spędzić ze mną ten koszmarny czas. ale po co. wolę siedzieć i patrzeć sobie na dach.
"jest kot wygięty pragnieniem / wołający o człowiecze ręce"
wiśniowy jogurt z otrębami w rakotwórczej wersji light i myśl, dlaczego wszystko karmi się cierpieniem. czyli popołudniowa utopia żerbę. włosy sobie drę.
jaskinia i pośladki
żarówka. auto. brak. triada, która uniemożliwiła mi wizytę u kashianki. ale ponieważ to jest przyjaźń ponad żarówkowo-corsowa na pewno mi wybaczy. mówiąc szczerze to jestem też w nastroju bardzo piegowatym. wysypałam się wszystkimi czarnymi humorami i miast w górach i dolinach hasać, pląsam w dołach i jaskiniach. och tak. ciemnych jaktabakawrogu jaskiniach. bo taki dołek to jeszcze nie jest tragedia. niebo widać. ptaszki śpiewają. ale jaskinia! to jest już naprawdę wielki spadek. total pustka i parę batów z przeszłości. tynia mówi, że to niesprawiedliwe, że tak nas ten wszechświat omija. ja mam nadzieję, że wkrótce coś się wydarzy i wyjdę z tej jaskini, od której pomału już dostaję zaćmy. gdyby jeszcze ta jaskinia była platońska, to może i jakieś cienkim cieniem położyłaby się na moim marnym dzisiaj życiu. ale nie! cienkim cieniem to ja się pomału staję. i to wcale nie oznacza, że mieszczę się w skinny jeans. ale raczej, że moja skin wchłonęłaby a lot of gin. lexis bryka z wikim, pławi się w chwili. mówi, że "fajnie, że istnieje ktoś na tym świecie, kto ma w wysokim poważaniu twoje pośladki". toznaczy jej pośladki. ja mam na razie w głębokim poważaniu wszystkie pośladki świata, których i tak w mojej jaskini nie widać. co najwyżej blade owadożerne dupy zwisające głową w dół.
2.05.2010
historia pewnej ręki
historia ręki to nie jest historia twarzy. nie można jej przeczytać powierzchownie. przymierzam się do jej napisania już od dłuższej chwili. ale nie umiem zebrać dotyku w sobie i wciąż się waham, dwojeitroje. a zaczęło się wszystko od romantycznej przygody lexis, która urzeczona dotykiem niejakiego bikera, powrócić do siebie nie może. ciągle studiuje anatomię dłoni. liczy linie, spisuje słowa. studiuje szorstkość, wilgotność, potliwość. lexis spętana urokiem niejakiego bikera, jednym dotknięciem dłoni zaczarowała świat dla siebie. szukając dotyku, przeciw tyranii oka, lexis chce dotrzeć do prawdziwego przeżycia. i otwiera swoje własne intymne muzeum niewinności. orhan pamuk otwierając swoje, tak pisał:
To była najszczęśliwsza chwila w moim życiu, a ja nawet o tym nie wiedziałem. Czy gdybym wiedział, zdołałbym to szczęście zatrzymać? Czy wszystko potoczyłoby się inaczej? Tak. Gdybym się zorientował, że to najcudowniejszy moment w moim życiu, nie pozwoliłbym uciec szczęściu. Ta złota chwila napełniająca duszę i ciało głębokim spokojem trwała zaledwie kilka sekund, jednak mnie wydawało się, że upłynęły godziny, lata.
To była najszczęśliwsza chwila w moim życiu, a ja nawet o tym nie wiedziałem. Czy gdybym wiedział, zdołałbym to szczęście zatrzymać? Czy wszystko potoczyłoby się inaczej? Tak. Gdybym się zorientował, że to najcudowniejszy moment w moim życiu, nie pozwoliłbym uciec szczęściu. Ta złota chwila napełniająca duszę i ciało głębokim spokojem trwała zaledwie kilka sekund, jednak mnie wydawało się, że upłynęły godziny, lata.
podobnemu szczęściu uległa lexis, tylko że lexis od początku była świadoma, że oto zdarza jej się najcudowniejszy moment i żaden pijacki schiz nie mógł temu zaprzeczyć. najcudowniejszy dotyk. ręki. ułamek sekundy. wsunięcie. kolejny ułamek. przytrzymanie. i tak dłoń schowana w dłoni znalazła swoją kryjówkę. od tej chwili, zawładnięta przez dotyk lexis, poszukuje końca historii pewnej ręki, ręki - która tak mocno ich łączy, jak silnie ich dzieli.
obserwacja
dwie cukrówki całują się na dachu. neutralizuję tę słodycz popijając sok pomidorowy tabasco. bez cukru.
poranna muzyka
znowu zaczyna się deszczem. srebrzą się dachy. to miły widok. lekko uchylone okno i muzyka wpada do rynny. ptaki z niej piją. w pokoju pachnie kawą. późny poranek już się ulatnia. szarobury maj chwyta mnie dziś za uszy i ciągnie. rześkość się rozpościera.
1.05.2010
niedobory fasoli
miewam zadziwiające wahania nastrojo-logiczne. całkowicie alogiczne. zadziwiające, bo aż sama się zadziwiam, kiedy w jednym dniu trafia mi się istne pomieszanie z poplątaniem. tak dokładnie to nie wiem co się miesza, a co plącze, ale efekt tego jest taki, że w ciągu dwudziestuczterechgodzin jestem paletą co najmniej dziesięciu humorów. może to wina niedoboru boru. a może nadmiaru braku umiaru. a może taki mój genotyp, że mi kiszki wywraca dogórynogami z byle guwnianego powodu. przeżywam wszystko dużymi kąskami i potem zalega mi to wszystko głęboko na wątrobie. i herbatka usprawniająca pracę jelit nic tu nie pomoże. ochborze.
pa.da.
no i pada. kto by pomyślał, że będzie tak padać. ja nie. ja myślałam, że będę dopiekać prawą stronę lewej łydki, która nie zdążyła się dosmażyć i straszy surowością. no ale nie. bo pada. nie jest nawet zimno. tylko, że pada. majowi się deszczowo, można by ładnie napisać, ale po co. przecież pada. i wcale nie jest ładnie. spada poziom cukru we krwi. właściwie wszystko dziś spada. bo pada. i jutro też ma padać. no i pojutrze też. ma padać. i tak przepada całe trzy dni. płakać się chce. ale nie będę dostarczać światu dodatkowej wilgoci. przecież pada.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







