31.03.2010

Jan Tarasin


natknęłam się na niego przypadkiem. a ponieważ mam skłonności do lubienia czegoś czego nie rozumiem, spodobały mi się jego dzieła. obraz wygląda jak półka na moim strychu, tylko zamiast kompotów i soków, kółka prostokąty i wszelkie dziwne -ąty. trochę bajkowe. jak się przyjrzysz, to zobaczysz różne rzeczy. myślę: każdy widzi tutaj inne przedmioty. ja widzę torby, torebki, poduszki, kuferki, flakony, szkatułki i jakieś bibeloty o niekoniecznie oczywistym sposobie użycia. te kolory to też podobne do mojego strychu, tylko może u mnie jest znacznie mniej czerwonego, chyba że akurat ćwiczę na orbitku, to wtedy są wszystkie kolory tęczy. najbardziej podoba mi się ten ognisty zielony smok. ale pewnie nie wiesz gdzie on jest ;-)

30.03.2010

mapa pamięciowa

układałam dziś mapy. świata europy azji afryki. polityczne administracyjne fizyczne drogowe. duże małe stare nowe. była i unia europejska. znalazł się też i cały układ słoneczny. cały wszechświat w tekturowym pudełku. i przypomniał mi się nauczyciel geografii ze szkoły podstawowej, a właściwie przypomniał mi się tylko jego wskaźnik, którym kreślił wyspy, wycinał półwyspy, zanurzał się w zatokach, a ja później w domu sklejałam patyczki, jeden drugi trzeci czwarty i udawałam, że mam na ścianie australię z oceanią :-)

tak było. kilka dobrych świetlnych lat temu.

29.03.2010

znośna lekkość bytu

kaczki nakarmione. ścięgna przewietrzone. można przysiąść do mniej poważnych spraw. może nawet same się napiszą.

blog jak czapetka jambos

spożywany na surowo. nie nadaje się do transportu.

28.03.2010

absolut i forma

nadal bez weny i z nieczystym sumieniem. ale za to w dobrej formie fizycznej i absolutnie kolorowym nastawieniem.

niewykorzystany zasób surowca

tysiąc osiemset myśli na minutę i żadnej złotej. a złoto to dobry przewodnik. widać, brak mi dzisiaj styków.

27.03.2010

na zakręcie o piątej nad ranem

są takie piosenki, które śpiewa się tylko o określonej godzinie, jak np. czarny blues o czwartej nad ranem. dla J. taką piosenką jest "na zakręcie" jandy. w pijackim szczęściu śpiewa ją zawsze o piątej nad ranem, czasem o trzeciej, ale wtedy przezorny głos A. upomina, że jeszcze nie pora. że jeszcze nie wszyscy są na zakręcie. kiedyś przesłuchiwałam tę piosenkę obsesyjnie. myślę, że jest z nią podobnie jak z jandą, albo się kocha albo nienawidzi. and nothing in-between. J. poleca jeszcze edyty geppert "zamiast", niezwykłe są tego jego inspiracje. a wracając do jandy, to ja ją uwielbiam. ma tak niespotykanie rzadko-fascynujący wyraz twarzy. i ten głos, lekko zachrypnięty. i nie wiesz czy jej wyniosłość odpycha czy przyciąga. w każdym razie, it makes you think.

między babcią a wnuczką

cienkie gałązki wielkanocne i żółta forsycja. jajka je łamią. słabe to drzewo genealogiczne.

warsztat

jest ranek. mży. brama wjazdowa na podwórko jest wąska, muszę się trochę napocić, żeby wjechać do środka. całe podwórko zastawione jest samochodami, ledwo spod kół wyłaniają się kawałki mokrej ziemi. mężczyźni stoją koło samochodów, niektórzy siedzą na schodach kamienicy, która znajduje się obok i straszy zaniedbaniem. mężczyźni są tędzy, niscy i wąsaci. mają na sobie mysio-szare kurtki ściągnięte w pasie gumką, za duże spodnie i palą papierosy. inni piją piwo. pada coraz bardziej, siedzę w samochodzie, kryjąc się zza szybą, marząc o tym, by kropelki deszczu były ze styropianu. samochody wyjeżdżają i wjeżdżają. co chwila słychać jakiś tępy śmiech. niski, łysy, grubas w okularach większych niż felgi w jego dużym starym oplu combi pyta mnie, która jestem w kolejce i czy to złote punto za mną, jest przede mną. odpowiadam, że tak. krzywi się i odchodzi. mija kolejna godzina. potem następna. kiedy wjeżdżam na warsztat podwórko się przerzedza. na warsztacie już szybko. piętnaście minut. wymiana uprzejmości. nerwowe uśmiechy. akcja-transakcja i teraz wyjazd. a za mną tysiące samochodów, ustawionych precyzyjnie, wyciętych dokładnie w powietrzu, jak kamienne posągi moai. manewr w prawo, lewo, prosto. stop. do przodu, do tyłu. stop. omijam posągi ocierając się tylko o deszcz. potem już zostaje brama. wielkie straszydło na do widzenia. tym razem udaje się bez przeszkód. ostatnie spojrzenie w tył. warsztat ginie w oddali, a moja corsa zaczyna sezon letni.

26.03.2010

sowiecki facebook

Grigorij Perelman na pewno ma profil na sowieckim facebooku. nikt go nie potrafi wyśledzić, bo na sowieckim facebooku nie ma zdjęć, tylko białe teczki z aktami. czerwone drukowane litery na białym tle przewiązane sznurkiem. klikasz na taką teczkę i się otwiera. a tam akty urodzenia, ukończenia, niedokończenia, nieurodzenia. niektóre teczki nie mają sznurków tylko specjalnie pinkody. wtedy wiadomo, że trafiłeś na sowipa i lepiej szybko się wycofać, zanim wyślą po ciebie wirusa. na sowieckim facebooku wirusy strzegą dojścia do tajnych teczek. jak cię taki wirus złapie to kasują twoją teczką. potem kasują ciebie. a na końcu kasują się same. na sowieckim facebooku nikt nie zostawia śladów.

25.03.2010

kopulodrom

każdy ma swój kopulodrom. choć nie każdy w tym samym czasie. niektórzy nawet mają więcej niż jeden. ilość kopulodromów we wszechświecie musi być zrównoważona, myślę sobie. z braku kopulodromu można na przykład zacząć pisać bloga. albo na przykład można zapisać się na zajęcia z jogi. można też wykupić karnet na basen albo pogadać z przyjacielem, który właśnie przypadkiem, będzie odkurzał swój kopulodrom. niektóre kopulodromy są strasznie brudne, bo nieużywane. inne obwisłe, potargane, wyraźnie zużyte. kopulodrom za pół ceny można kupić na aukcji, ale nie będzie zbyt świeży i bardzo będzie niestrawny. kopulodrom z wysokim wskaźnikiem wyczucia na piękno można spotkać w muzeum, albo w teatrze. albo też można spotkać na poczcie, ale wtedy nie wiadomo czy krajowy czy importowany. no i można sobie wtedy bardzo zaszkodzić, bo taki importowany, bez szczepienia i podstawowej higieny jest niebezpieczny dla oka, prawego i lewego. dla oczów. właściwie jest niebezpieczny. jak się ma szczęście to można dostać kopulodroma za darmo, ale wtedy nie można go oddać, jak przestanie działać. w czasie świąt można go znaleźć pod choinką, ale tylko wtedy kiedy choinka jest duża i nie ma pod nią żadnych prezentów (kopulodrom pochłania dużo przestrzeni). kopulodorm czy kopulodroma? najlepszy jest chyba taki bez końcówki.

uniesienia

jakoś leci. u mnie bez uniesień. ale u M. z uniesieniami. u A. z uniesieniami. u J. z uniesieniami. tylko mnie jakoś ta wiosna unieść nie może.

kolor wiśni

"jestem za blisko, żeby mu się śnić", taki cytat na dziś z miłosza wygrzebany. nawet nie wiem dokładnie, dlaczego tak mi zapadł w pamięci, może dlatego, że ostatnio wszystko odnoszę do relacji międzyludzkich. ja-ty. on-ona. my-wy. my-oni. zapominając o ważnym: ja-ja. ale to nieważne. te słowa, z cytatu, to słona samotność. dwojga ludzi. bo czy naprawdę leżąc bok w bok, rok w rok koło tych samych włosów na poduszce - przestaje się marzyć. o sobie. ja we śnie górą. ty we śnie doliną. a kolor we śnie to kolor wiśni. za wcześnie wszak na takie koszmary. sen się jeszcze nie zaczął.

24.03.2010

twarz uwodzi

twarz. uwodzi bardziej niż słowa. rozglądasz się i widzisz, że wszyscy mają twarze. nie każda jednak kryje w sobie historię. większość jest raczej pospolita. patrzysz i zapominasz. ale są takie, które wwiercają się w pamięć i nie dają o sobie zapomnieć. nie muszą to być twarze ludzi znanych, kolegów, przyjaciół - niekiedy jakieś zdjęcie mignie mimo oczu, w katalogu, gazecie, na bilbordzie i patrzysz jak zahipnotyzowana i wiesz, że czujesz się uwiedziona. wyrazić siebie za pomocą słów to rzecz banalna w porównaniu z ukazaniem siebie za pomocą twarzy. bo niby i jak sprawić, żeby anatomia przemówiła? wszak nie o wdzięk i urok się rozchodzi. ale o te zakola, krzywizny i blizny, te oczy tak rozstawione i ten błękit tak zamglony, że czujesz się częścią tej ekspresji. twarz to ty. możesz ją łatwo utracić, ale możesz i szybko odzyskać, możesz się komuś w nią zaśmiać albo powiedzieć coś w nią prosto. możesz założyć na nią maskę, możesz zamazać oblicze. cokolwiek zrobisz i tak cię uwiedzie.

mała trawestacja

Wszystko ładne. Słoneczko ładne. Krokusy ładne. Trawka ładna. Drzewka ładne. Ja ładna. Z wiosną wszystko jest ładne.

w terenie

wiosna wzywa.
szukam przebiśniegów.

23.03.2010

na niebiesko

ładnie się kończy ten dzień, zdecydowanie hukiem, nie skamleniem. A. ma swoje powody osobiste. J. zakochany ma swoje upojenia złociste. A ja siedzę i liczę serduszka na piżamie, nie są one co prawda czerwone, ale podobno niebieski to kolor Zeusa i Jupitera. bogowie mnie obdarzyli chłodnym spokojem. i dobrze. czuję się dzisiaj bardzo na niebiesko.

cytat na dziś

"nie ćwicz tyle, bo będziesz za szybko chodzić" (A.)

orbitkowanie bez cukru

kolejna dawka hormonów szczęścia za mną. orbitkuję intensywnie, zwiększając dawkę codziennie o nową piosenkę. jedna piosenka równa się cztery minuty więcej orbitkowania. co mi przypomina, że był taki film, orbitowanie bez cukru, co prawda w niczym nie powiązany z moim orbitkowaniem, ale pamiętam, że właśnie od niego zaczęła się moja miłość do Ethana Hawke'a. orbitowanie bez cukru to był szał. jeszcze większy szał to jego oryginalny tytuł: reality bites (raz też spotkałam się z tłumaczeniem: rzeczywistość boli, co prawda wierniejszym, ale to orbitowanie miało w sobie coś świeżego, miętowego). tak czy siak, orbitkuję wiosennie i również bez cukru, no może z odrobiną gdzieniegdzie, tu i ówdzie, tum i tam tu-m czy-m ta-m? tam - tam TAM - TU-M- tam-tam TAM tam-tam-tam TAM TU-M TU-M czy-m tam-tam? tam-tam? czy-m tam? TAM-M? TU-M? czyli-m tam? -jeżeli-m tam to i tu-m TUM-TUM a i tam a i tam - - - oj-ja JAJ tam a i tu-m- to-m i tam i tum. TUM

22.03.2010

superkompensacja 1 i 1/8

nie mogę tego rozgryźć. obojętnie z którego boku nadgryzę, nic nie wypływa. widać, A. z całym swoim wybieganym sprytem i nabytym pilatesem podłożyła mi świnię pod palce. trenuj trenuj. próbuj próbuj. niestety, nic się we mnie nie kompensuje, i tak sobie trwam jako niezrównoważony aglomerat i żadna z tego supersensacja. co gorsza. żadna też kompensacja. nie mówiąc już o tytule.

superkompensacja

tytuł bez treści dla A.
na nic lepszego dzisiaj mnie nie stać.

21.03.2010

stepem i strychem przez świat

hormony szczęścia wiszą na wierzbie i straszą jak gruszki w popiele. ot, takie zdanie pozbawione sensu, zrodzone z wyobraźni, która właśnie kwaśnieje. jak gleba po deszczu.

na strychu wysoko za szafą mieszkają gruszki w słoikach i gęstnieje z nich sok. ułożone warstwami, złote, błyszczące jak kamienie w bransoletce z brudnego szkła. ten strych jest malutki, ale ma dwa pokoje. w jednym sąsiad dłubie w swojej przeszłości, składa minione dni i wierci w nich dziurę. wlewa się przez nią żyła słońca.

w drugim pokoju stoi step. można na nim biegać. gonić motyle. liczyć gruszki w słoikach. pocić się i uwalniać hormony szczęścia, które nie muszą już wisieć na wierzbie, ale latać w powietrzu. takie małe drobinki złota. ludzie mylą je z kurzem. motyle wiedzą, że to nie to brud oblepia ich skrzydła. bo niby dlaczego są takie kolorowe, skoro powietrze dla wszystkich jest jednakowo brudne i nudne.

ten strych jest newralgiczny. dla mnie. napisał o sobie historię. ja tylko ścieram ją ze ścian i wcieram w dwuczęściowy kostium sportowy. stepem i strychem przez świat. mój mikrokosmos kwaśnej wyobraźni.

myśli rozdziobane

deszczowo zaczęła się ta wiosna. ale dziwnie przyjemnie. mewy, kaczki nakarmione. moje myśli rozdziobane. ja na szczęście w całkiem sporym, ale jednym kawałku. przyjemna wiadomość od R. wyraźnie poprawiła samopoczucie popołudnia, które przez ten deszcz się trochę zachmurzyło. humory kwitną i pylą. moje na razie nie powodują alergii. co najwyżej drobne wyczulenia. da się z tym być.

bez utopii

idę pokarmić kaczki i mewy. i może też zrobić parę innych rzeczy, żeby w końcu zrozumieć, że the most exciting, challenging and significant relationship of all is the one you have with yourself. i na razie tyle. another happy day.

20.03.2010

IPN

"Pamięć jest sposobem życia". zręczny wers. adama zagajewskiego. i jakże prawdziwy. ilu to już ludzi kisi się we własnych trujących oparach z przeszłości. ile kobiet codziennie zdziera skórę i dostaje się do nerwów dnia wczorajszego. a one rwą i bolą z nie mniejszym natężeniem. ilu mężczyzn rozpamiętuje stare dzieje i zamiast żyć, leżą zanurzeni jak mucha w bursztynie. pamięć jak znicz pali się na naszych oczach, wypalamy się w sobie, paląc za sobą mosty. a wystarczy być mądrym i nie pisać wierszy. każdy nosi w sobie swój mały instytut pamięci. niepotrzebnej.

multi-chaos

jest dużo za wcześnie, ale zdecydowanie za mało radośnie, żeby rozpocząć dzień. brazyl od godziny cieszy się już swoją radością, którą znajduje w przelatujących zza szybą ptakach, świeżej wodzie i potartej marchewce. tak, brazyl znalazł swój rytm życia. ja wciąż stukam palcami o stół i szukam właściwego dźwięku. zaczynam od zielonej herbaty i krótkiej refleksji. staram się nie śpieszyć. choć ciągle robię większość rzeczy naraz. bo tak na przykład umycie zębów w łazience, przed lustrem, spokojnie, jest projektem nie do zrealizowania. trzy minuty mono-akcji wykraczają poza mój poranny multi-chaos.sos.sos.

19.03.2010

trawa śpiewa

trawa śpiewa. taka książka. i taka myśl, że może w końcu coś zacznie się zmieniać. to ładny widok, byłby, rozśpiewanych kłosów. kłos głosom nie kłamie. głos kosom się łamie. ale ostatnio zbyt dużo tych głosów. zastanawiam się, czy cisza w ogóle istnieje. trawa jeszcze dla mnie nie śpiewa, ale może właśnie o to chodzi, bo kto to widział śpiewającą trawę? po trawie to można śpiewać, tańczyć, spacerować, wizje spisywać. metamorfozy przeżywać. kłosy przeżuwać. i czuwać. trawa nie śpi. trawa śpiewa.

18.03.2010

czułki czułości

czułki czułości. taki gadżet, który można kupić, żeby poczuć się lepiej. mieniące się kolorami, przyjemne w dotyku, zapewniające dzienną dawkę miłości. własnej i cudzej. miłości-czułości. ta jest najrzadsza, bo ociera się o metafizykę. każdy, kto kiedyś spotkał w życiu kogoś, kto pachniał metafizyką, do końca swoich dni będzie żałował straty. to jak otwarta rana, nie do zabliźnienia. ot, metafizyka. a takie czułki czułości odwracałyby uwagę, może nawet doprowadzały tam, gdzie rosną poziomki.

17.03.2010

erytropoetyna

czy po zażyciu erytropoetyny wierszokleta stanie się poetą? piękny taki doping do pisania wierszy. choćby takich haiku. fiku miku i wychodzi haiku - takie na przykład hasło promujące. erytropoetyna dla lewina, wittlina i tuwima. bierze taki leo takie epo i myk, poemat o stalinie. łyka sobie józiu taki hormon i pyk, wniebowstąpienie roku. zaczyna się era erytropoetyny, dla chłopaka i dziewczyny. hej. kujawiaczek. hej.

otręby

spróbuję dziś po raz pierwszy nie rozważać w głowie swojego postmodernistycznego dramatu ciała. rozważę go w małym palcu u nogi. ale to za chwilę. na razie pęcznieją mi w brzuchu granulowane otręby śliwkowe i stopniowo zwiększa się moja aktywność. stop. stop. niowo. masa netto kreatywnych myśli - 5 gram. jeszcze piętnaście i dosięgnę minimum zalecanej diety.

16.03.2010

czkawka czyli przerywnik

moje wieczne czekanie na wenę dało się dzisiaj w prawdziwe we znaki. o znaki znaki. wolałabym na przykład czekać na wiosnę, ale o wiośnie to już się poważnie nie pisze. same klisze klisze. wolałabym też poczekać na tramwaj, ale na przystanku same słupy. i kupy kupy. rozważam też czekanie w tiutiurlistanie, ale nikt już nie wierzy w bajki. tylko srajki srajki. niekiedy myślę o przystanku na alasce, byłoby fajnie pooglądać seriale. ale ale - to wszystko pomiędzy piętami ucieka, bo wciąż coś innego na mnie czeka. teka teka. gruba teka. a wena wciąż ucieka.

15.03.2010

coś mnie urzekło w tym zdaniu

"to uczucie, że ktoś cię chce - uzależnia". zasłyszane u A., przepisane. ale nie będziemy dziś mówić o uzależnianiach. zaczęła się cisza nocna.

pass this on

zakochałam się w piosence. to brzmi głupio. ale "pass this on" prześladuje mnie całymi dniami, minutami. może każdy potrzebuje chwili zakochania w czymś. w kimś to wiadomo, zbyt łatwo przychodzi. a takie zakochanie się powiedzmy w kalendarzu w epmiku, co się go dziesiątkami razy ogląda, palcuje, naznacza swoją obecnością. albo zakochanie się w baletkach lazurowych, co się je widzi zza szybą i później myśli i wydaje i narzeka, że wciąż brakuje. albo w perfumach. nie damskich. męskich. i później ten zapach chodzi za tobą całe życie, jak cień. cienki cień jak cienka linia od miłości do nienawiści. no ale ta piosenka, to jest niezwykłe, zakochać się w dźwiękach, bo nie o słowa tu przecież chodzi. i później siedzisz i patrzysz się w ścianę i tak cudownie marnuje się czas. nie nie, ja go nie marnuję. czas zawsze sam się marnuje. nie wiadomo czemu, tak głupio ucieka.

skecz

skecze w szkole postanowiły, że nie będą skeczami, tylko zwykłą scenką rodzajową.
ławki w szkole się rozsypały. krzesła rozstąpiły.
miał być skecz.
z braku śmiechu do łez i z nadmiaru śmiechu przez łzy zmieniono parę słów, dużo słów, mnóstwo słów.
i teraz już nikt nie wie, co z tego wyrośnie. jedynie pani M. wierzy, że nas to nie przerośnie.

14.03.2010

intymne embriony

"dzienniki [...] intymne embriony poczęte z zapłodnienia mózgu", przeczytałam u barańczaka i pomyślałam (małolotnie), że ten blog może być dla mnie właśnie taką pogonią za zygotą. i muszę powiedzieć, że jest to niezły tytuł na książkę. a już na pewno na tytuł dziennika.

z doskoku

wielka przyjemność ze skwierczącego na patelni kurczaka i parujących pod pokrywką warzyw. w tle skacze małysz. popołudnie u babci. i jakaś taka szczęśliwa normalność. widać ten dzień święty podzielił się ze mną odrobiną zwyczajnej dobroci. niech trwa.

z rana

no i proszę, dzień święty czas zacząć. trochę późno, no ale nie moja wina. nie moja nie moja nie moja wina. brazyl dziś koncertował już od 7.00, co mu się rzadko zdarza, częściej otwiera swoje małe ptasie oko znacznie później, dziś najwyraźniej jego ptasi duży dziób postanowił otworzyć się pierwszy.

no i proszę, dzień święty czas zacząć. duże plany w głowie, zadziwiająco niska mobilizacja w pozostałych częściach ciała. zastanawiam się, ile to jeszcze potrawa. taka niemoc ogólnie, wierzcie mi, to parszywa przypadłość. potrafi z człowieka zrobić zwierzę-nie-do-wytrzymania. ja, jak na razie, jeszcze z sobą wytrzymuję, ale jest dopiero w pół do jedenastej i zdaje mi się, że mój ranny optymizm po południu znacznie posinieje, już zaczynam czuć śliwę w gardle. dobrze, że tym razem słowa wylatują z palców.

13.03.2010

pod wpływem elementu baśniowego

jest dużo przed północą i A. nalega, żebym coś napisała. a ja jestem pod wpływem "elementu baśniowego" i nic szczególnego nie przychodzi mi do głowy. Maklakiewicz i Himilsbach pewnie byli w takich momentach pełnią inspiracji, no cóż, tak sobie myślę, że jednak nie powinnam jednak była ulec namowom A. I tak, zaplątałam się w pończochy o których mówiła i teraz już nie wiem czy to ja mówię, czy to mnie mówią. dobranoc.

maybe so maybe no

właśnie M. zapodała mi dawkę pozytywnej energii. poleciła Mayera Hawthorne'a. taki gostek w okularach podobny do tomasza kota, myślę sobie. i nawet dobrze się na niego patrzy. i nawet dobrze się na niego słucha :) a M. jest teraz w pociągu i właśnie zmierza po swoją dawkę pozytywu. a ja wracam do the knife. they really take my breath away.
pierwszy post bez po-mysłu. z myślnikiem i nadzieją, że ten myślnik okaże się jakąś myślą.