30.04.2010

stalowa magnolia

alejka po obu stronach pachnie tulipanami. gdzieniegdzie wyglądają zza trawy szafirki. fioleci się też hiacyntami. żonkili mleczami. wiatr jest łagodny, ale ocieka chłodem. wokoło cisza. tylko niekiedy ptaki przygłusza sąsiad z wiertarką. inny sąsiad wyprowadza króliki na spacer. mają długie uszy i zamiatają nimi muszelki ślimaków, które odpadają z płotów murów i drzew. dzikie koty pochowane w krzakach polują na kosy. ludzie rozmawiają przy furtkach, rozpalają grille, pielą grządki. słońce odbija się na białych stronach ricoeur'a i razi w oczy. nagle na dróżce, zza świerku wyłania się biała kulka z krzywymi zębami. ma dziewięć lat i nazywa się maksymilian. jego pani woła na niego maksiu i przywołuje do siebie. maksiu jednak nie reaguje i ociężale spaceruje wokół naszych tuj, siada koło stolika i wykrzywia zęby w kierunku cynamono-jabłkowych ciastek. jego pani dołącza do nas pośpiesznie, chwali altankę i z uśmiechem przyjmuje zaproszenie na kawę. "tylko słabą, panienko". ma ponad osiemdziesiąt lat. stalowe włosy nienagannie ścięte w wyjątkowo modnej aranżacji. opowiada o życiu. o tym, jak to powtórnie wyszła za mąż dwa lata tamu, za mężczyznę, który dobry jest, bardzo dobry jest. nie krzyczy. cichutko mówi. nie jest za ładny, ale jak ubierze garnitur do kościoła, to ładnie wygląda. mówi do mnie "panienko" i wyraźnie zaciąga po niemiecku. jej córka, rozwódka, jak się szybko dowiedziałyśmy, obserwuje nas zza płotu i niby łaknąc słońca, łyka na nas co chwila. rozmowa toczy się może jeszcze z minut trzydzieści, aż maksymilian wyraźnie znudzony postanawia wrócić na swoją część ogródka. a ja wracam do ricoeur'a, co chwila jednak wracając myślami do stalowej magnolii.

29.04.2010

śmierć z tysiąca ran

słońce mnie srogo zdziergało dzisiaj. tuiówdzie ociekam bardzo wczesnym latem. zawsze jestem w gorącej wodzie kąpana i rzucam się jak młody pelikan na każdą okazję przypieczenia. się. a propos przypieczeń, przeczytałam dziś "historię tortur" i trochę mnie w środku wysmagało. takie na przykład flagellum, ładnie brzmi. miękko. arystokratycznie. Markiza de Merteuil mogłaby skonsumować coś co się nazywa flagellum , albo w poradniku-sromowym mógłby się znaleźć przepis na flagellum z lososiem. no tak czy siak. nietędydroga. flagellum to rzymski bicz wykonany z bydlęcej skóry i obciążony ołowiem. albo taki pocałunek dziewicy, brzmi jak tytuł pornosa dla romantyków. albo aperitif. ale nje nje. była to stożkowata konstrukcja z blachy z podobizną kobiecej głowy. z przodu znajdowało się dwoje drzwi, za pomocą których dziewica "brała swoje ofiary w objęcia". jedne drzwi miały po wewnętrznej stronie trzynaście szpikulców, drugie osiem. dodatkowe dwa ostrza znajdowały się na poziomie twarzy i wykuwały oczy. a metoda na czarownice? przywiązać prawy kciuk do dużego palca lewej nogi i zanurzyć w wodzie. jeśli unosi się na powierzchni - winna, jeśli utonie - niewinna. zrobię tak przy następnym spotkaniu z rysią. beware.

*lepszej puenty nie będzie.

28.04.2010

spyra


rysia mnie zabije. to pewne jak dwa razy dwa. ale nie mogłam się powstrzymać i nie powspominać. no i nie powstrzymałam się i powspominałam. no i cała rysia, pierwszy raz w całości bez ręki na twarzy bez swetra na głowie i z całkiem przyjemnym wyrazem twarzy ;-) bywało znacznie gorzej ;) mnie nie widać, ale za to mój kolczyk ładnie sobie dynda i rysia frontalem nadaje. ile to się trzeba było namęczyć, żeby ten frontal był widoczny. ollaboga.

wela cud

dzień nawet niemałych wrażeń, co mnie cieszy. to znaczy muszę uściślić, dla mnie niemałych, zdaję sobie sprawę, że dla wszystkich innych to zwykła nudna sieka. no ale ad rem. to że akurat kórsand odwołał korki, to jest tylko mała szpileczka w dzisiejszej bańce mydlanej. to że stypa z usia wpłynęła po czasie to jest auplauz na stojąco w stringach bezszwowych. a to, że Tynia pokazała mi dzisiaj swoje zdjęcie z czasów starej młodości to jest gwóźdź nie do przebicia, co ja mówią, to jest perełka która zagości już w moich zwojach mózgowych na koniec końców. p.e.r.e.ł.k.a. co za wela. co za lok. CUD. trendy-look ala forever old. i to już tak na zawsze w tym dowodzie. toznaczyażdoożenku. kukuku. Tynia ma klasę więc się nie obrazi. całą trzecią-eee ma. z nikogo innego nie będę się śmiać, bo jeszcze ze mnie się zaczną, a tego moje wątłe nikłe ego nie zniesie. i to tyle niemałych wrażeń na dziś. całe trzy wrażenia. w tym jedno wella-żysko ;-)

27.04.2010

yabadabadoo

krzyś, ot tak, lekko rzucił proposition w eter, żebym kupiła sobie pianino. "na początek warto pójść do dobrego sklepu muzycznego i pogadać o rodzajach pianin", mówi mi. no tak. na początek wystarczy tak zrobić. ale co później. iść do providenta skok-w-bok po pożyczkę na śmierć i życie? a później do majstra z-heńkiem-nie-ma-że-się-ni-da, żeby mi balkon zamurował, cobym tam pianino wstawiła. a krzyś dalej: "zrobiłem tak kilka miesięcy temu i wyszedłem ze sklepu oczarowany pianinem. na początek yamaha grand piano NP-30". no ładnie. yamaha. yahoo. yabadabadoo. aż strach sobie wyobrazić, co by było, gdyby wszedł do sklepu: kompresory i myjki. pomyśleć tylko, taka grand myjka MYJU-MYJU-350. naaaajs.

dzień, kiedy dupę urywa

histeria cynizm agresja to wybuchowe połączenie dla ludzi o mocnych nerwach. to jak tatuaż na krwi, którego nie wymażesz, a który naznacza cię od wewnątrz. a kiedy miarka zbierze się do ziarnka i kokoszka pogryzie listonoszka, to wtedy nadchodzą dni, kiedy dupę urywa. niekiedy całą, częściej po kawałku. jeden po drugim. f.r.a.g.m.e.n.t.p.o.f.r.a.g.m.e.n.c.i.e. no i ciężko wtedy tak bez dupy. bez oparcia. bez hamulca wstecznego. ale naszczęściecałe ona odrasta. szybko. szybciutko. krew wraca do żył. histeria do budy. cynizm chowa się w skarpetce. agresje wymienia się z agrafką i trafia do szuflady. rysia odmawia niekiedy dupie prawa całości. i ja też. bo do dupy jest zawsze dawać dupie prawo całości. czasami things fall apart. the centre cannot hold. i nic się na to nie poradzi.

26.04.2010

whateverworks

"historia tortur" leży na ziemi pod witkacym. miałam ją przeczytać w tym tygodniu, ale zamiast tego wybrałam psychiczne tortury swojej własnej osobi. sto. ści. no i tak się nabijam wciąż na pal własnych myśli i przecinam brzytwą, której złapać się nie mogę. całkiem ciekawa ta krwawa profesja, nie powiem, ale bolesna i męcząca. moja sobość, czyli bycie sobą, nawarstwia się jakoś tak nierównomiernie, że z jednej strony mnie brakuje, a z drugiej się wylewam. krzyś każe mi spokojnie rozważać siebie, kiedy ja tak nie mogę. nie umiem. ciężki ten kontakt z samą sobą czasami. unieść się nie mogę.

wracam do jarretta, sapporo part I, minuta 12.05 i dalej i dalej - najpiękniejsza energia zaszyta w dźwiękach. siedzę i wpatruję się w ścianę. ciało jakoś samo kołysze się w sierocej mantrze. tamizpowrotem. tamizpowrotem. przez chwilę utrzymuję spójny rytm, zupełnie jakby wszystko na tym nędznym świecie zależało ode mnie. "lecz umieranie jest lękiem" poci levinas. tak. wielkim lękiem. the horror! the horror! krzyczy allen za conradem.

zaczyna się minuta 18:35. prawa ręka nie wytrzymuje tępa.ępaępaępa. ale jarrett zawsze wie, kiedy przestać przyduszać dźwiękiem. i znowu zacząć owijać serce pięciolinią. dla synestetyków muzyka jest kolorem. boże, jak ja żałuję, że nie widzę tych dźwięków. tylko pomyśleć jakie intensywne to musi być przeżycie. skriabin, nabokow, liszt, lennon.

tak czy siak, as Boris would say, whateverworks!
tak.
what
ever
works
ks
s.

25.04.2010

cafe milano



załapałam się na zdjęcie oczów i włosów w cafe milano. aj.

powroty

Kashianka wróciła z wisły. opaliła kolana. Yna wróciła z bramy. nabawiła się zapalenia spojówek i niesmaku do barowego życia. Asza wracała wspomnieniami do paryża. obudziła we mnie niegasnące pragnienie luwru. Lexis wróciła do dawnej namiętności, która wczoraj dopadła ją z nagła. a ja pomału wracam do siebie wciąż szukając czegoś istotnego.

24.04.2010

i.

mam się wewnętrznie świetnie. zewnętrznie trochę mnie wysypuje i nieco pobladłam w okolicach kości policzkowej, ale to wszystko da się chemicznie wyprostować. nadal szukam czegoś istotnego, ale to nie zaburza wewnętrznej pracy nerki. drugiej tej nie zaburza. trzymam się wewnętrznej zpujności. ści. ci. i.

23.04.2010

coffee & freak czyli popołudniowa historia dziwoka

właśnie piję kawę i liczę listki na moim drzewku bonsai, co w zupełnie nie powiązany logicznie sposób, skłoniło mnie do rozważań na temat coffee, czyli kawy, którą uwielbiam i freaka, czyli dziwoka, którym przy tej okazji jestem.

a oto cała historia:

kawę z ekspresu piję w małych kolorowych filiżankach (kolor zależy od nastroju i pogody. oczywisty trop jest taki, że z filiżanki żółtej i jasnozielonej popijam w dni słoneczne, a z kasztanowej, fioletowej i ciemnozielonej w pochmurne. jest jeszcze jasnoszara, do której nigdy nie umiem się dopasować).

kawę rozpuszczalną piję z wąskiego rozkloszowanego ku górze kubka z lekko zadartym bokiem tuż nad uchwytem. kubek jest czarno-biało-szary z motywem damskiej szpilki wkomponowanej jakoś tak rozłożyście, że wydaje się wyższy niż w rzeczywistości.

kawę parzoną to tylko w ukraińskim masywie od Karashianki. to taki duży brązowy kubko-prezent. stawiam go zawsze na krymskiej drewnianej podstawce z pachnącego drewna.

niekiedy też piję okropną zbożówkę w kremowym kubeczku z południowej anglii. kubeczek ma brązowy paseczek na dole i zielony listek na środku. nie wiem czy to ma jakiekolwiek znaczenie, ale właśnie listki bonsai odbijają mi się na monitorze. skoro tak, to idę poświęcić im trochę uwagi.

21.04.2010

jarrett pleasure

osaka. minuta 28:53 andonwards. little drops of heaven. albo jakby to ujęła Lexis: sałatka z motyla z kiełkami.

pani samochodzik

no niestety stało się. po raz kolejny. nie sądziłam, że tak szybko to nastąpi, ale widocznie tak musiało być, że to właśnie dzisiaj, o 7:35, moja ukochana corsa drugi raz mnie zawiodła. i nie odpaliła. ja oczywiście myślę, że to nie jej wina, ale Yna przyniosła jakieś choróbsko od swojego złotegojakmutamchybaforda, który też jakoś na dniach rozłożył nery na betonie. ale oficjalnie zepsuł się akumulator. i moja corsunia kochana wypieściła ze mnie dwieście pięćdziesiąt złotych kopiejek. ale to nie jej wina. ach ta Yna! no ale w każdym razie, zawsze w takich sytuacjach dzwonię do Juszka Karashianki, który pewnie za każdym razem gdy widzi połączenie ode mnie ma ochotę wyskoczyć przez okno, wyłupać sobie ucho i wykląć cały ten goebbelsowski koncern mechaniczny. ale Juszek jak zwykle w takich sytuacjach okazuje się Najlepszym Juszkiem na świecie i reaguje z wielkim, światłym spokojem, który nie wiem skąd na niego spada, bo ja zawsze mam ochotę rozłupać sobie czaszkę i wydziergać na zwojach wielkimi literami HELP. Juszek zalecił, że zanim zacznę dziergać swastyki na masce, żebym zaczęła operację od sprawdzenia akumulatora. nie trzeba było daleko szukać. tylko dwieście pięćdziesiąt złotych kopiejek dalej. i teraz już corsunia pachnie nowym, świeżutkim akumulatorkiem. a ja do końca miesiąca jestem tylko na produktach marki tesco i wodzie mineralnej ;-)

20.04.2010

nabijam się na pal

nie wiem czy to przez wypływy z tego islandzkiego wulkanu, ale wyraźnie zaczynam popadać w histerię i to już o wiele bardziej niż skrajną. J. by na pewno w takich sytuacjach zapodał na zakręcie jandy, ja na razie zapodaję jarretta i męczę sun bear concerty aż do zdarcia ucha środkowego. co ja mówię, ucha środkowego!, aż do zdarcia kosteczki słuchowej, ślimaczka, nerwiku słuchowego. ech te nerwiki, wykończą mnie nerwowo. a to wszystko przez to, że nie umiem się dobrze wpisać w nowe plany życiowe. po pierwsze być może dlatego, że ich nie mam, a po drugie, to nie wypisałam się jeszcze ze starych. nabywam chorobę przez zasiedzenie i to mnie przeraża najbardziej. jedyną osobą, która wczuwa się w moje buty jest kashianka, taki rudzik, który trzyma mnie w pionie, gdy chcę walić łebą w płot. pachpachpach. powalę sobie w myślach, zawsze to lepsze, niż później w realu tłumaczyć wszystkim, że przypadkowo wpadłam na płot tudzież poślizgnęłam się na skorupce od jajka. a tak, zupełnie bezpiecznie dla ziemskiej powłoki, nabijam się na pal własnych myśli i tylko moje ego zmniejsza się intensywnie. palpalpal. chyba jednak muszę wejść na balkon szóstego piętra, popatrzeć na ludzi z góry i poczuć wyższość moralną. bez swoich wyobrażeń niszczeję.

19.04.2010

karma. karmię.


bo fajnie jest karmić kaczki i rozmawiać o karmie życia. a potem wylewać żale na placu zabaw i zaplątywać myśli w łańcuchach huśtawkowych. i dojść do wniosku, że wszystko się kiedyś wyprostuje, bo przecież na pewno nie zaciśnie się na szyi.

* mam nadzieję, że jest zgoda na publikację ;-)

hibiskus



the köln koncert jarretta rozładowuje dzisiejsze złe napięcie. nie wiem skąd się wzięło, ale to chyba nigdy nie wiadomo, samo przychodzi i po prostu jest. małe złe samo-poczucie-się. pocieszenie znajduje w relaksującej herbacie z hibiskusa i dalekiej myśli o tym, że henhen w obszarze podzwrotnikowym, the home zone of hibiskus, powietrze jest czyste i nieskażone moim złym humorem. teoria czterech humorów nie ma tu nic do rzeczy. raczej teoria jednego złego humoru, który pojawia się i znika. ale właśnie zaczyna się szósta minuta jarretta i czuję się jakbym to ja wykluwała w tym międzyzwrotniku, a nie hibiskus. taka momentalna radość, która łapie za trzewia, trzęsie i trzyma w radosnym napięciu. i nawet migrena przestaje doskwierać. jestem hibiskusem na podzwrotniku. ot co. ładna myśl. trochę kwaśna, ale kojąca. nie zdecydowałam jeszcze jakim kolorem będę, ale to teraz nieważne. jarrett kończy part I, a ja wygrzewam się w słońcu i odganiam motyle, które przygaszają mój kolor, na który się jeszcze nie zdecydowałam. takie rozważania zdecydowanie pomagają mi utrzymać równowagę, w czasie, gdy młotołeb za oknem naparza na swojej motorynce i zatruwa mi spokój. w takich chwilach jestem hibiskusem, który słucha jarretta.

18.04.2010

w jaskini smoka

płatki kukurydziane z mlekiem i uroczystości pogrzebowe to naprawdę niestrawna kombinacja. ale zaczęło się słonecznie i z paroma pomysłami w głowie, więc jest całkiem dobrze. wczoraj w jaskini smoka całkowita porażka społeczna, ludzie wyleźli nie wiadomo skąd. jakieś człekokształtne magmy z zakonu św. łysego pijaka zalały stoły i zatruły atmosferę. A. czuła się rozczarowna. J. szczególnie niewzruszony wciągał kolejny skarby z sakwy pod stołem. M. szukała męża, ale sprowadziła do naszej ławy tylko płciowo nieokreślone gatunki szarobure, które po rozbiciu stu kielichów na głowach zakonników św. łysego, zorientowały się, że jednak płeć przydaje się w życiu i postanowiły, że do jutra policzą swoje chromosomy. indianin jak zwykle nokautował wszystkich poziomem testosteronu, którego wczoraj wszystkim bardzo brakowało. zdesperowany J. nawet zaczął myśleć, o kolorowych jarmarkach, które ledwo mieściły się na trzech krzesłach ustawionych w rzędzie. a co do mnie, tradycyjnie upiłam się czajem i zamarzyłam o szczęce w płatkach róż.

17.04.2010

spiskowa erupcja

kalma: "myślę, że prokuratura i ABW powinny wszcząć oficjalne śledztwo, bo to nie może być przypadek, żeby w tak ważnych dniach dla narodu polskiego wybuchał sobie nagle wulkan". wspaniała teoria spiskowa. gratuluję kalmie polotu i żałuję że sama tego nie ukulałam ;-)

14.04.2010

Zed's dead baby, Zed's dead.

no i proszę: drugi post dzisiaj. a to wszystko przez to że ten wawel staje się ością niezgody w moim oku prawdy. tworzenie grup typu "przeciwnicy poparcia wawelu", "zwolennicy piramidy cheopsa", "neutralni nudni bez zdania" to jest scenariusz na kiepską kreskówkę dla głuchoniemych i ciemnookich. ja nie wiem jak to wszystko ogarnąć. a może ktoś tę farsę naprawdę wyreżyserował? aż się nie chce wierzyć, że takie bzdury tworzą się same. od tragedii do komedii. no i pięknie. na pogrzebie pewnie jarosław opluje putina, albo co najmniej nie poda mu ręki, i wyjdzie z tego jedna wielka siara. tak: siara. siarę. siarą. siarurą. siarurę. i inne tego typu pierdoły. na pewno są już tacy co rozbijają namioty na wawelu i od tygodnia, pomiędzy jedną a drugą kiełbaską wawelską usmażoną nad paszczą smoka, będą biwakować w oczekiwaniu na króla. no a król nie żyje. Zed's dead baby, Zed's dead.

czekoladki wawel

no i zaczyna się. wojna o wawel. niechaj żałoba skończy się hukiem, nie skamleniem. ciekawe swoją drogą, czy ci ludzie, którzy wywieszali flagi, zapalali znicze, przechodzili marszami, wiązali czarne wstążki do lusterek samochodów, modlili się w kościele, teraz protestują przeciwko kaczyńszczyźnie wawelskiej. muszę się przyznać, że pierwszą moją myślą po usłyszeniu njusów było oburzenie. niestety jestem taką samą kanalią jak cała reszta. a później jedno zdanie mojej mamy wybiło mnie z rytmu: "tam jest tyle miejsca na wawelu, kogo mają tam chować, i co jak co, ale on był wielkim patriotą". i głupio się przyznać, ale kupiłam to. co prawda nie zabieram oficjalnie głosu w dyskusji, bo wolę w tym czasie na przykład wyjrzeć przez okno i spłoszyć gołębia, który już dziesiąty raz dzisiaj sra na mój parapet, albo zejść do sklepu po jogurt i kupić do tego otręby, bo już mi się skończyły. a nocleg w hotelach w krakowie dochodzi teraz o kilkutysięcy złotych za dobę. i bądź tu patriotą i żegnaj króla. ech, zjem sobie z tego wszystkiego malagę tiki taka i kasztanka. przynajmniej czekoladkom wawel oficjalnie powiem tak.

13.04.2010

ku pamięci

nie wiem do końca co myśleć o tej tragedii. nie wiem czy chodnikowe marsze i internetowe kondolencje to jest dobry sposób na polski patriotyzm. bo przecież, słuchając tego co właśnie dzieje się we wszystkich kanałach radiowo-telewizyjnych i poszarzałych zawstążkowanych wirtualnych i onetach wydaje się, że to nie człowiek umarł, ale patriotyzm żyje. ku pamięci.

nie umiem wczuć się w obłędną paranoję, która natrętnie mówi mi, że widocznie nie mam serca i najwyraźniej jestem z kamienia. nie czuję wyrzutów sumienia, kiedy usilnie, zdrapując opuszki do krwi, szukam innego kanału, ze światem kiepskim, ulicami hollywood, sałatach po których ładnie wygląda się nago i wszystkim tym, co przykładny obywatel powinien porzucić w czasie tygodnia żelaznej żałoby. bez mięsa i alkoholu. choć jestem pewna, że już za jakiś czas wszyscy będą ciskać sobie mięsem w twarz, a ci na wawelu staną się tylko atrakcją turystyczną. kolejną w krakowie, tym razem - pielgrzymkową. ku pamięci.

mnie najbardziej chwyta za serce, tak że puścić nie może, że ci ludzie to przecież człowiek. czyjaś matka i ojciec. mąż i żona. brat i siostra. córka - syn. to zupełnie naiwne i banalne, nie zamierzam uciekać od tej strony, kiedy nie potrafię i nie chcę napisać nic innego jak tylko banalny kliszowiec. woody w ostatnim swoim filmie mówi: "sometimes a cliche is finally the best way to make one's point". nicdodaćnicująć. ku pamięci.

tak więc słucham sobie teraz waldecka, żeby nie popaść w wyreżyserowaną ckliwość. chociaż nie porzucam swojej roli i na każdy esemes babci czy oglądam wiadomości, kondukt, wywiad z wdową, piszę: "tak babciu. bardzo mi smutno". na co babcia odpisuje: "to straszna tragedia. oglądaj polsat news". itakdalej w obłędnym kole. ku pamięci.

denerwuje mnie jeszcze ta cała licytacja na temat przesłanych kondolencji ze świata. ile państw ogłosiło żałobę narodową i które najdłuższą. kto pierwszy złożył wyrazy ubolewania i czemu tak późno. a jak kondukt przejeżdżał ulicami, to niemal wszyscy robili zdjęcia. nie rozumiem. będą je później oglądać przy niedzielnym śniadaniu. albo wysyłać sobie nawzajem i porównywać, w którym kadrze trumna wygląda najlepiej. taka jest właśnie polska mentalność. tonie w zniczach i specjalnych numerach wiodących polskich dzienników. bo każda gazeta pisze ku pamięci.

a ludzie? nie ma ich. i bóg jeden wie, co czuje właśnie córka i żona, matka i siostra. a przed chwilą w tv leciał wywiad z wdową po szmajdzińskim, a moja babcia komentuje, że wcale nie wygląda na smutną i że na pewno dali jej jakieś prochy, bo wygląda jakby mówiła o modzie w telewizji śniadaniowej. no i chyba zaczyna się korowód wywiadów. w rosji czarne wdowy sieją zniszczenie, w nas dzielą się historiami o zmarłym i planach na przyszłość. ku pamięci.

i tak właśnie jest, że właściwie nie wiadomo jak. byle z prądem i do przodu w kolejce po flagę. ładny zryw. osobiście wolę zrywać przebiśniegi, choć zdaje się, że już chyba przekwitły.

12.04.2010

kwadratowe znicze i okrągłe wielokropki

fotoblogi toną w zniczach. fora w interpunkcji. żyjemy w znakach, szukając dla siebie właściwej intonacji. to ciekawe, że bliżej nam do diakrytyki niż dialektyki. czy naprawdę zapalając kwadratowy nawias z gwiazdką w środku solidaryzuję się z Polską? tani nijaki powszechny i nigdy nie gaśnie. polski patriotyzm.

11.04.2010

hodowla motyli

tylko motyle w brzuchu A. sprawiają, że ten dzień jest dziś mniej intensywny.
zobaczymy jak będzie jutro.
dziś włosy pękają jak struny.
głosy
też.

8.04.2010

historia plastikowego wieszaka

wisi na szafce z książkami. nie zostawiam go w szafie, żeby nie zabierać mu słońca. zresztą chyba woli dyndać sobie swobodnie. ma metalową szyjkę i plastikowe ramiona, wdzięcznie pręży się koło ściany. ściana jest żółta, on czarny, sądzę, że podoba mu się ten kontrast. teraz jest w towarzystwie spódniczki żakietu i fioletowych rajstop. umilają mu popołudnie, ogrzeją też nieco w nocy. ranek będzie dla niego chłodny, ale on lubi prężyć się naguśko odczasudoczasu. wczoraj drasnęłam go drzwiami, myślę, że to dlatego dziś bardziej odwraca się do ściany niż do mnie. ale wiem, że to tylko chwilowe. już niedługo minie mu wieszakofoch. zawsze mija. już przyszła wiosna więc go nie przemęczam. płaszcze wiszą na wielkich drewnianych wieszakach w szafie. ale ten jest zbyt delikatny, zbyt subtelny. nie dla niego futra i kurtki. myślę, że to dobrze że taki jest. wiele się można od niego nauczyć.

7.04.2010

la scala

wszystko co dziś napiszę będzie 1/2 istotne, bo właśnie w tej chwili wszystko na mnie robi "udruczajuszczeje wpieczatlenie". witkacy właśnie spadł z biurka, ale to i dobrze, bo i tak by się przewrócił, gdyby to zobaczył. jarrett dobija drugą część la scali do mojej ulubionej 12.20 minuty (andonwards). zielona herbata parzy się którąśtamjużminutę i chyba właśnie zaczyna wydzielać szkodliwe składniki. tak piszą doktoży. i co poza tym? chyba tylko to, że ziemia się kręci. gdyby nie to, stałabym w miejscu. a tak, wszechświat wprawia mnie w ruch. i jarrett też, przy okazji. ale bardziej dośrodkowo. a co robi witkacy? całuje nineczkę "aż do zupełnego zmęczenia (tzn. koło 20-22 sekund)". no nic. muszę chyba jednak pisać istotniej :-)

6.04.2010

z sudaku do sidoku

popołudnie na targu. niestety wstałyśmy za późno. targ o tej porze wygląda jak plaża w sudaku. bezludna brudna przestrzeń. dwie trzy osoby jeszcze coś sprzedają. jedna się pakuje. dwa psy pod straganem gryzą starą kość. można jeszcze kupić jabłka i bułki. jabłka sprzedaje siedemdziesięciopięcioletni letni mężczyzna z warszawy. przyjechał tu dzisiaj po świętach w zastępstwie zięcia. nie dosłyszałam dlaczego. zamyśliłam się. za pięć złotych ileśtamkilo, wymiana jeszcze paru słów, ale znów się zamyślam i już ich nie rejestruje. potem jeszcze spojrzenie na starocie. dwie babuszki sprzedają filiżanki, książki, koraliki, buty - właściwie chyba tylko jeden but - ciekawa sprawa. jeden but jedna filiżanka (bez podstawki) książka bez wstępu, ale z zakończeniem - wszystko za złotówkę. wychodzimy gdzieś popółgodzinie. i jedziemy prosto do salonu hondy. taka dość spora odskocznia: od sudaku do sikoku. wita nas pan piotr. i szybko się okazuje, że w salonie to nie ma jak na targu, że godzinami możesz kontemplować pomarańcze i cytryny. pan piotr łapie nas już od wejścia i bite, oj-sinobite, dwie godziny krążymy między civic a jazzem, 1.4 a 1.8, z ubezpieczeniem a bez, i jeszcze dwadzieścia osiem i pół detala, które Pan Piotr mieści w minucie i dwunastu sekundach. potem zaprasza nas na zewnątrz. stoją tam dwa okazy. później do komputera. wyliczamy raty. porównujemy kolory. na koniec wymiana dziękuję-dowidzenia i wszystko poszłoby gładko, ale pan piotr lisim podstępem prosi nas o telefon, będzie się pytał czy się zdecydowałyśmy. miło z jego strony. choć w sumie nie bardzo. i tak się skończyła popołudniowa wyprawa z sudaku do sidoku. jabłkami w reklamówce i telefonem dla pana piotra.

5.04.2010

wielka migrena

wielki poniedziałek zaczął się wielkim deszczem i wielką migreną. dodatkowo: pięć życzeń na karcie sim, cztery na poczcie gmail, trzy kartki papierowe i dwa telefony. wcale nie taka wielka świąteczna frekwencja.

3.04.2010

cola a sperma

myślałam, że tylko z potrzeby zachowania ciągłości będzie ten wpis, bo taka niby wielka sobota a zupełnie mała wena. ale dzięki intensywnym romansom A. mój blog nabiera kolorów. i dobrze. bo jeśli autorce zabraknie jajek do kolorowania, to zawsze znajdzie się dobra przyjaciółka, która opowie o swoim baranku w koszyczku. tak więc zmierzając do sedna: A. pokłóciła się z W. o picie coli. W. nie uważa aby zmniejszała ona ilość plemników i uparcie pije ją w nadziei, że jednak A. się myli i W. nie zostanie impotentem. W. dzisiaj wyraźnie pozbawiony całodziennej dawki dobrego humoru woli "piec ciasta z matulą", niż oddawać się wirtualnym rozkoszom. wyszedł z tego całkiem duży schiz, co A. skwitowała wdzięcznie: "chyba w piekarniku zostawił swoje jaja". taki to już widać okres świąteczny, że niektórzy je kupują, inni sprzedają, a jeszcze inni tracą. jaja oczywiście. awmiędzyczasie witkacy całuje nineczkę "w metafizyczny pępek" i wypija 1/2 litra czystej, aby zrobić 5 portretów sierpskiego. i zachowaj tu trzeźwy rozum.

2.04.2010

informel


w prawym dolny rogu kwadratowy koszyczek wielkanocny z małą żółtą kurką na błękitnym piórku, pod którym ukrywa się autor. w lewym dolnym roku szyjka białych skrzypiec, na których od pięćdziesięciu dwóch lat nikt nie zagrał. na górze pan jezus jeszcze nie zmartwychwstały, leżący na grobie pełnym zagubionych dusz. widzisz to ciało kobiece, samotną nikezsamotrakibezskrzydeł przygotowaną do skoku wzwyż. orgia wyobraźni z 1957 roku.

1.04.2010

przedmioty policzone


jeszcze raz tarasin. taki sobie deszcz przedmiotów. ja jestem tym czarnym kotem dogórynogami. niby zagubiony wśród rzeczy a rzuca się w oczy. A. pewnie będzie tą klitoralną częścią, którą jeszcze nie potrafię znaleźć. J. z kolei świetnie zmieści się w tym bladoróżowym hydrancie na pierwszym planie. muszę ci jeszcze powiedzieć, że zachwycam się listami witkacego do żony. tak pisał: "a w pewnych rzeczach muszę być firm as a rock i w tym jest cała moja wartość". podoba mi się ten styl ;-) no ale o witkacym to później. jeszcze nie jestem na to gotowa. moje "bebechowo-wstrząsowe protuberancje" też nie.

pani krysia z wizytą u dentysty

umówiona byłam na godzinę 11.30. pani w rejestracji zgubiła moja kartę pacjenta i piętnaście minut wyszukiwała mnie w komputerze, zwracając się do mnie "pani krysiu". krystyna to moje drugie imię, czego pani w rejestracji widać nie zauważyła, powtarzając ciągle "pani krysiu, to nie możliwe żeby karta się zgubiła". no niemożliwe. ale widać cuda zdarzają się w centrum stomatologii pod wezwaniem świętego-niemożliwego. przeszłyśmy jeszcze przez fazę zachwytu nad pięcioma jedynkami w moim peselu oraz moich urodzin - tu uwaga - w imieniny miesiąca. brakuje mi takiej ludowej wiedzy, ale podobno najwyraźniej listopad obchodzi swoje imieniny jedenastego dnia tygodnia. tak więc po niemal dwudziestu minutach opóźnienia pani doktor zawołała mnie na fotel i mówi, że dzisiaj zajmie się mną stażysta - pan mateusz. to już zaczęłam wyczuwać u siebie arytmię serca. pan mateusz okazał się być typem "młodego dentysty z dentystycznym poczuciem humoru". zapytał się mnie czy jadłam śniadanko i czy nie jestem w stanie błogosławionym, bo najwyraźniej ciąża nie służy rwaniu. zębów. zaaplikował mi później końską dawkę znieczulenia, mówiąc: "chce pani z kasy chorych, żeby bolało, czy za trzydzieści złotych żeby nie bolało". po takiej reklamie długo się nie zastanawiałam. ale był problem. bo po pierwszej dawce nic nie zaczynało drętwieć. nawet przygryzanie języka nie pomogło. na zapytanie pani doktor "a połowa języka?" odpowiedziałam: "za przewodnika", no i wtedy już chyba nikt nie miał wątpliwości, że należy mi się jeszcze jedna dawka. po drugiej dawce przystąpiliśmy do sedna. czyli rwania. i wtedy chrupnęła mi żuchwa. taki urok mojej żuchwy, że mi czasami chrupnie, szczęknie, wyda odgłos poluzowanych śrubek. okazało się, że mam dysfunkcję stawu żuchwowego, co pan mateusz stażysta skwitował zręcznym: "witamy w klubie", no bo jemu też tak chrupie :-) cała przyjemność trwała dziesięć minut. końska dawka ustąpi może po dwóch godzinach. a przez dwa kolejne dni jestem tylko na grysiku z bananem. jaki z tego morał? kolejna wizyta u pana mateusza dziewiątego kwietnia ;-)